Czas wiosenny nastraja bardzo optymistycznie, a kiedy wreszcie zakwitną drzewa...
wtorek, 11 kwietnia 2017
środa, 5 kwietnia 2017
Wygodnym baksztagiem~07 Znów Jeziorak cz.II
Posted on 12:05:00 by Przywod with No comments
W Matytach, jak zawsze po zakończeniu etapu, przeglądałem materiały, planując kolejny. Z mapy wynikało, że wyspa Czaplak, oblana jest od strony północnej dość szerokim pasem wody o głębokości około 2,5 metra. Pomyślałem więc, że skoro wieje wygodny, baksztagowy wiatr, wykorzystam go na niestandardowe opłyniecie wyspy od strony północnej. Wpłynęliśmy więc w zatokę i skierowaliśmy się na przesmyk. Spoglądamy tu i tam, ale nigdzie nie widać wody. wszędzie zarośnięte trzcinami. Wreszcie, kiedy podeszliśmy blisko, ukazała się naszym oczom wąska przerwa w zwartym szpalerze zarośli. Weszliśmy w nią i popychani korzystnym wiatrem doszliśmy mniej więcej do połowy przesmyku, kiedy ten się spłycił tak, że stanęliśmy na mieczu. trzciny objęły z obu stron kadłub łodzi i chwiejąc się drwiły z nas. Wybrałem miecz do 1/4. wiatr naciskał na żagle, jacht ruszył z wolna, by za chwilę nabrać rozpędu. Czuliśmy się trochę, jak na amerykańskiej, płaskodennej łodzi napędzanej śmigłem u ujścia Misisipi. Nagle pas trzcin się skończył i naszym oczom ukazała się szeroka przestrzeń jeziora i "nasza" wysepka, która dostarczyła nam w poprzednim rejsie tylu wrażeń. Przybiliśmy w innym niż wówczas miejscu, ale szwagier naciskał, żeby stanąć tam, gdzie staliśmy poprzednio. Zaraz też zarzucił wędkę, licząc, że i tym razem weźmie na nią węgorz. Nie wziął, ale brały inne ryby. On łowił, ja zrobiłem sobie maraton pływacki wokół wyspy. Po kilkunastu okrążeniach , znudzony, wyszedłem na brzeg. W nieodległej wsi Rudnia odbywała się chyba jakaś zabawa ludowa. Słychać było muzykę i popiskiwania dziewczyn. Wieczór był ciepły i bardzo malowniczy. W sam raz na ognisko. Nazajutrz popłynęliśmy do Siemian, gdzie po zrobieniu aprowizacji, udaliśmy się w dalszą podróż. Naszym zamiarem było zatrzymanie się u wlotu do Kanału Iławskiego, a celem była pochylnia Buczyniec na Kanale Elbląskim.
Płyniemy sobie i widzimy już mostek nad drogą między jeziorem Jeziorak i Dauby. To już początek kanału. Znajdujemy ładnie wyglądające miejsce po prawej stronie, tak żeby do wejścia w kanał było blisko. Podchodzimy do brzegu. Fok zrzucony, grot zrzucony. Idę na inercji. Marek przygotowuje się do zejścia na ląd i do cumowania. W tym celu zawinął nogawki do kolan (na Jezioraku, woda na brzegu jest daleko płytka), wziął w zęby koniec cumy i jakieś trzy metry od brzegu wyskoczył do wody. Nie widzę Marka! Nagle wynurzył się calusieńki mokry i mówi: Tu było trochę głębiej niż zwykle! Dopłynął do brzegu i wypuścił mnie na cumie, bym mógł rzucić kotwicę. Zacumowaliśmy dziobem do trawiastej, niskiej skarpy (o wysokości, może pół metra nad lustrem wody). Zdjęliśmy achtersztag, by swobodnie operować na rufie wędkami. Zaraz zdjąłem też z pantografu silnik, by kolejny już raz wyczyścić zatkaną dyszę w gaźniku. Wszyscy byli wówczas w kabinie. Niosę więc rzeczony silnik i przekładam przez kosz dziobowy, opierając o trawę przy dziobie spodziną. Nagle dziób się unosi. Wszyscy postanowili wyjść do kokpitu. Nie opuściłem silnika. Chwyciłem go za korek wlewu dwoma palcami i wisząc na pachwinach na koszu dziobowym drę się: Ratunku, pomóżcie! Zaraz upuszczę silnik! Musiałem wyglądać tak z wypiętą pupą bardzo pociesznie, bo wybuchła salwa śmiechu, a pomocy wciąż nie otrzymywałem. Wreszcie ktoś litościwie mi pomógł. Zabrał ode mnie silnik i mogłem opaść swobodnie na ręce, potem przekoziołkować i stanąć na nogi. Ta sytuacja, gdyby była sfilmowana, mogła śmiało brać udział w programie Drozdy, " Śmiechu Warte", gdzie prezentowano różne śmieszne filmiki.
Silnik przejrzałem, dysze przedmuchane. Powiesiłem go ponownie na pantografie i zarządziłem generalne porządki na łodzi. Marek miał akurat dyżur, więc zabrał się do roboty. Ula w tym czasie otworzyła na całą szerokość forluk i czytała sobie książkę w kabinie dziobowej. Marek nabrał calusieńkie wiadro wody i chlusnął na dek, sądząc, że forluk jest zamknięty. Nagle dał się słyszeć okropny wrzask. To zmoczona wodą Ula wrzeszczała w niebogłosy. Nasze śpiwory, poduszki, wszystko zostało zmoczone. Mimo wszystko ryczałem ze śmiechu, bo żaden scenarzysta nie wymyśliłby takiej kumulacji zdarzeń. Na szczęście pogoda była dobra, więc po generalnym sprzątaniu, było generalne suszenie.
Wyszliśmy z Ulą na spacer, zostawiając Marka z żoną samych. Poszliśmy do wsi Urowo, Droga wiodła przez porębę bukowego lasu. Natknęliśmy się na wysyp bukowych prawdziwków. Rosły wszędzie i w dużych ilościach. Nazbieraliśmy ich ze trzy duże siatki. Nie chcieliśmy ich dźwigać do Urowa. Wróciliśmy na łódź. Marek z Martą oczyścili grzybki i przygotowali do smażenia. Kolacja była bardzo, bardzo smaczna.
Po kolacji postanowiliśmy nałowić trochę rybek. Usadowiliśmy się ze szwagrem na rufie. On po prawej, ja po lewej stronie. Założyłem przynętę - czerwonego robaka i rzuciłem wędkę w pobliże liści grążeli. Za chwilę miałem pierwsze branie. Średni okoń. Ula bardzo się ucieszyła, bo to jej ulubione ryby. Marek też złowił, na białego robaczka, dorodną płoć. Przez pół godziny łowiliśmy: ja okonie, Marek płocie. Znudziło mnie to i mówię: żeby tak i mnie wzięła choć jedna płotka! Marek poradził, żebym zmienił przynętę. Zmieniłem na białego i nadal brały mi okonie. Marek na czerwonego, nadal łowił płocie. Pomyśleliśmy, że może chodzi tu o wędkę. Zamieniliśmy się. Nadal łowiłem okonie, szwagier płocie. Została nam tylko zamiana miejsc. Po tej zmianie, Marek nadal łowił (na dawnym moim miejscu) płocie, a ja na miejscu Marka, nadal łowiłem okonie. Okazuje się, że ryba przyporządkowana została wędkarzowi i żadne zmiany nie mogły temu zapobiec. Wieczorem nawiedziła nas jeszcze bardzo sympatyczna rodzina łabędzi, życząc nam dobrych snów.
Rodzina łabędzi.
Płyniemy sobie i widzimy już mostek nad drogą między jeziorem Jeziorak i Dauby. To już początek kanału. Znajdujemy ładnie wyglądające miejsce po prawej stronie, tak żeby do wejścia w kanał było blisko. Podchodzimy do brzegu. Fok zrzucony, grot zrzucony. Idę na inercji. Marek przygotowuje się do zejścia na ląd i do cumowania. W tym celu zawinął nogawki do kolan (na Jezioraku, woda na brzegu jest daleko płytka), wziął w zęby koniec cumy i jakieś trzy metry od brzegu wyskoczył do wody. Nie widzę Marka! Nagle wynurzył się calusieńki mokry i mówi: Tu było trochę głębiej niż zwykle! Dopłynął do brzegu i wypuścił mnie na cumie, bym mógł rzucić kotwicę. Zacumowaliśmy dziobem do trawiastej, niskiej skarpy (o wysokości, może pół metra nad lustrem wody). Zdjęliśmy achtersztag, by swobodnie operować na rufie wędkami. Zaraz zdjąłem też z pantografu silnik, by kolejny już raz wyczyścić zatkaną dyszę w gaźniku. Wszyscy byli wówczas w kabinie. Niosę więc rzeczony silnik i przekładam przez kosz dziobowy, opierając o trawę przy dziobie spodziną. Nagle dziób się unosi. Wszyscy postanowili wyjść do kokpitu. Nie opuściłem silnika. Chwyciłem go za korek wlewu dwoma palcami i wisząc na pachwinach na koszu dziobowym drę się: Ratunku, pomóżcie! Zaraz upuszczę silnik! Musiałem wyglądać tak z wypiętą pupą bardzo pociesznie, bo wybuchła salwa śmiechu, a pomocy wciąż nie otrzymywałem. Wreszcie ktoś litościwie mi pomógł. Zabrał ode mnie silnik i mogłem opaść swobodnie na ręce, potem przekoziołkować i stanąć na nogi. Ta sytuacja, gdyby była sfilmowana, mogła śmiało brać udział w programie Drozdy, " Śmiechu Warte", gdzie prezentowano różne śmieszne filmiki.
Silnik przejrzałem, dysze przedmuchane. Powiesiłem go ponownie na pantografie i zarządziłem generalne porządki na łodzi. Marek miał akurat dyżur, więc zabrał się do roboty. Ula w tym czasie otworzyła na całą szerokość forluk i czytała sobie książkę w kabinie dziobowej. Marek nabrał calusieńkie wiadro wody i chlusnął na dek, sądząc, że forluk jest zamknięty. Nagle dał się słyszeć okropny wrzask. To zmoczona wodą Ula wrzeszczała w niebogłosy. Nasze śpiwory, poduszki, wszystko zostało zmoczone. Mimo wszystko ryczałem ze śmiechu, bo żaden scenarzysta nie wymyśliłby takiej kumulacji zdarzeń. Na szczęście pogoda była dobra, więc po generalnym sprzątaniu, było generalne suszenie.
Wyszliśmy z Ulą na spacer, zostawiając Marka z żoną samych. Poszliśmy do wsi Urowo, Droga wiodła przez porębę bukowego lasu. Natknęliśmy się na wysyp bukowych prawdziwków. Rosły wszędzie i w dużych ilościach. Nazbieraliśmy ich ze trzy duże siatki. Nie chcieliśmy ich dźwigać do Urowa. Wróciliśmy na łódź. Marek z Martą oczyścili grzybki i przygotowali do smażenia. Kolacja była bardzo, bardzo smaczna.
Po kolacji postanowiliśmy nałowić trochę rybek. Usadowiliśmy się ze szwagrem na rufie. On po prawej, ja po lewej stronie. Założyłem przynętę - czerwonego robaka i rzuciłem wędkę w pobliże liści grążeli. Za chwilę miałem pierwsze branie. Średni okoń. Ula bardzo się ucieszyła, bo to jej ulubione ryby. Marek też złowił, na białego robaczka, dorodną płoć. Przez pół godziny łowiliśmy: ja okonie, Marek płocie. Znudziło mnie to i mówię: żeby tak i mnie wzięła choć jedna płotka! Marek poradził, żebym zmienił przynętę. Zmieniłem na białego i nadal brały mi okonie. Marek na czerwonego, nadal łowił płocie. Pomyśleliśmy, że może chodzi tu o wędkę. Zamieniliśmy się. Nadal łowiłem okonie, szwagier płocie. Została nam tylko zamiana miejsc. Po tej zmianie, Marek nadal łowił (na dawnym moim miejscu) płocie, a ja na miejscu Marka, nadal łowiłem okonie. Okazuje się, że ryba przyporządkowana została wędkarzowi i żadne zmiany nie mogły temu zapobiec. Wieczorem nawiedziła nas jeszcze bardzo sympatyczna rodzina łabędzi, życząc nam dobrych snów.
Rodzina łabędzi.
Rankiem, złożyliśmy maszt i wyruszyliśmy w podróż kanałem, najpierw Iławskim, do Miłomłyna, gdzie na chwilę zatrzymaliśmy się na górnym awanporcie śluzy. Pan śluzowy udostępnił nam kran, gdzie uzupełniliśmy zapasy wody pitnej. Mieliśmy też szczęście, bo właśnie nadpłynął statek białej floty, który przystąpił do śluzowania. Obserwowaliśmy przez chwilę ten manewr, choć dla nas nie był on nowinką. Mieliśmy przecież za sobą spływ Kanałem Augustowskim, gdzie przeprawialiśmy się przez wiele śluz.
"Birkut" na śluzie w Miłomłynie
Z Miłomłyna droga wiodła już Kanałem Elbląskim. Odpaliłem naszego hałaśliwego i smrodliwego Saluta i popłynęliśmy. Dotarliśmy do jeziora Ruda Woda. Długie, pięknie położone jezioro, przez które biegnie szlak żeglugowy.
Znaleźliśmy miejsce noclegowe na jakiejś prywatnej działce, jeszcze nie obsadzonej na lato. Była tu wiata i, co najważniejsze "sławojka", było też czynne ujęcie wody. Rano, Marek pochwalił się sporym połowem. Większość nocy spędził na łowieniu ryb z pomostu.
Nad jeziorem "Ruda Woda"
Na śniadanie były ryby z grilla. Postawiliśmy maszt i na żaglach, spokojnie przemierzaliśmy toń jeziora. Bardzo nam się podobało. Znaleźliśmy też wejście kanału na jezioro Bartążek, ale uzgodniliśmy, że popłyniemy tam w drodze powrotnej.
Od końca Rudej Wody, dalszą drogę przemierzaliśmy już na silniku.
Kanał Elbląski
Dziewczyny, jak to one: z buzią w ciup, poszły opalać się na dziób.
Opalanie
Do pochylni Buczyniec dotarliśmy pod wieczór. Niestety, pochylnia działa tylko w określonych godzinach. Nie zdążyliśmy na czas. Stanęliśmy przy wygodnym nabrzeżu górnego awanportu pochylni, gdzie zainstalowaliśmy się na noc. Poszliśmy zwiedzać maszynownię. Robiłem nawet zdjęcia, niestety, nie wyszły, a szkoda, bowiem urządzenia napędzające liny ciągnące wózki ze statkami, są wyjątkowo skromne, biorąc pod uwagę ciężar, który spoczywa na tych (dwóch, przeciwnie podążających) wózkach. Nasze zdziwienie wzbudziła też mała ilość wody potrzebna do poruszenia ogromnego koła z licznymi łopatkami, które obracając się, napędzało przekładnię bębna zwijającego liny. Zachęcam każdego, kto zechce zwiedzić ten ewenement hydrotechniczny (w skali europejskiej, a nawet światowej), by zobaczył też maszynownię którejkolwiek pochylni.
Dogadaliśmy się z kapitanem statku, stojącego obok nas, że rano, w pierwszej turze, przewiezie nas po pochylni w dół, zawróci przed kolejną, nieodległą pochylnią i ponownie wjedzie na na górę. Decyzję podjęliśmy ze względu na brak doświadczenia w korzystaniu z tego rodzaju urządzeń, a widzieliśmy ślady po wyrwanej na naszej łodzi knadze dziobowej, zapewne na skutek przycumowania "na sztywno" do wózka. Nie chcieliśmy ryzykować, a ponieważ i tak nie zamierzaliśmy kontynuować podróży w kierunku Elbląga, odbycie przeprawy pochylni na statku, bardzo nam odpowiadało.
Zjazd statku na wózku. Pochylnia Buczyniec
Mijające się wózki. Ten pusty wjeżdża na górę.
Zadowoleni z wycieczki, zaraz po śniadaniu, wyruszyliśmy w drogę powrotną na Jeziorak. Tego dnia dotarliśmy do miejscowości Małdyty, gdzie stanęliśmy przy pomoście. Zaraz też przybił doń jacht motorowy o nazwie Titicaca. Zostaliśmy zaproszeni na kawę, na pokład tej łodzi. Poznaliśmy tam bardzo miłych ludzi. Rano każdy popłynął w swoją stronę. My dotarliśmy do jeziora Bartążek, gdzie wypadł nam kolejny nocleg.
Powrót na j. Jeziorak
Nie stawialiśmy nawet masztu i żagli. Zrobiliśmy tylko małą rundkę po jeziorze i wróciliśmy na szlak. Cały dzień trwała nasza podróż, do miejsca, z którego wyruszyliśmy trzy dni wcześniej. Potem była podróż powrotna, wzdłuż wschodniego brzegu Jezioraka. Spaliśmy przy rozwalających się pomostach, a właściwie to po pozostałościach po nich.
"pomosty"
Po południu dotarliśmy prawie do "naszego" cypla z powaloną topolą. Nagle zauważyliśmy pomost z transparentem zachęcającym do odwiedzenia pubu. W tej głuszy pub? Spojrzeliśmy z Markiem po sobie, i to spojrzenie było zarówno pytaniem, jak i potwierdzeniem. Za chwilę staliśmy przy pomoście. Dziewczyny zgodnie zawołały: "I PIWO!" Rozumieliśmy się bez słów. Do rzeczonego przybytku, wiódł zwykły dukt. Może z pięćset metrów. Kiedy tam dotarliśmy, nasze zdziwienie było wielkie! Trwał właśnie plener rzeźbiarski, a ściśle rzecz ujmując, miał się właśnie ku końcowi. Usiedliśmy ze szwagrem przy kufelkach piwa, na werandzie pubu i obserwowaliśmy jednego z uczestników pleneru, zmagającego się z materią kamienia, w celu nadania jej pożądanego przez siebie kształtu. Rzeźba nie przedstawiała niczego konkretnego. To była abstrakcja, piękna abstrakcja. Zapytałem rzeźbiarza, jak by ją wycenił, gdybym chciał kupić? Podał cenę, na którą mógłbym przystać, ale pojawił się problem transportu. Dzieło miało spore rozmiary, a było z kamienia, więc i waga była spora. Nie miałem możliwości zabrania go. Z żalem więc zrezygnowałem. Do dziś "widzę" tę rzeźbę w swoim ogrodzie. Przepadło.
Po powrocie zastaliśmy dziewczyny zaczytane w jakichś kolorowych magazynach. Na pytanie, czy jest coś do jedzenia, odparły ze spokojem: To wracacie z pubu i nie dali wam tam jeść? No nie dali, bo była to uczta dla ducha, nie dla ciała!
Ostatni wieczór spędziliśmy przy wyspie Ostrów, największej wyspie jeziornej w Polsce. Stąd było widać już port Pod Omegą. Jak zwykle, przeznaczyliśmy ten czas na sprzątanie i mycie łodzi. Rano odpaliliśmy "katarynkę" i... zdołaliśmy tylko odbić od brzegu. Skończyło się paliwo. Do portu, z powodu całkowitej flauty, dopłynęliśmy na pagajach. W główkach stał roześmiany bosman i przywitał nas słowami: "A nie mówiłem, że tym śmieciem wypełnione są iławskie śmietniki?". Spuściliśmy tylko głowy, ale nie zastosowaliśmy się do rad bosmana. Silnik wrócił z nami do Zielonej Góry, gdzie służył jeszcze przez jakiś czas Ignacemu, na jego nowowybudowanym jachcie.
Zagadnienie "O wyższości Jezioraka nad Drawskim" nie zostało rozwiązane. Oba jeziora są bardzo piękne, oba dysponują świetnymi walorami: Drawske oferuje ciszę, spokój i czystą wodę, przy skromnej infrastrukturze, zaś Jeziorak, ma coraz bardziej rozwiniętą bazę turystyczną, no i kusi ofertą podróży kanałem Elbląskim. Nie potrafię do dziś wskazać, które z tych jezior jest piękniejsze. Niech więc cieszą się remisem.
Kolejny post, to będzie Solina. Zapraszam.
wtorek, 28 marca 2017
Wygodnym baksztagiem~07 Znów Jeziorak cz. I
Posted on 09:19:00 by Przywod with No comments
Przebrzmiały echa wspaniałego wypoczynku na przepięknym jeziorze Drawsko. Przez cały czas zastanawialiśmy się nad naszą oceną. Wybór był jednogłośny. Drawsko uczyniło na nas większe wrażenie niż Jeziorak. Męczyło nas to jednak. Nie byliśmy tacy pewni naszej oceny. Chcielibyśmy ją zweryfikować. Najlepiej udać się ponownie na Jeziorak. Nastała zima, to czas kiedy myśli się o kolejnym urlopie. Znów poszły w ruch "Żagle", miesięcznik w którym zaciekle się zaczytywałem. Prawie w każdym wydaniu zamieszczona była reklama portu "Pod Omegą" w Iławie, tego samego, z którego już raz czarterowaliśmy jacht. Znów była rozmowa w gronie stałych urlopowiczów. Uzgodniliśmy, że wyczarterujemy jeszcze raz jacht na Jezioraku, z zaznaczeniem, że powinien być już nieco większy niż El Bimbo. Udało się. Pan Stanisław, do którego zatelefonowałem, zaproponował roczny jacht Fokus 650.
Zgodziliśmy się. Umowa przyszła pocztą. Odesłaliśmy podpisaną z załączonym dowodem wpłaty zaliczki. Termin - koniec czerwca, początek lipca. Jak zwykle.
Czekały nas jeszcze północne rejony, poprzednim razem pominięte. Nocleg wypadł nam przy wyspie naprzeciw miejscowości Matyty. Kolejny dzień to wyprawa do wsi Dobrzyki. Weszliśmy w kanał prowadzący do jeziora Ewingi. Linia energetyczna i most na drodze do miejscowości wymagały złożenia masztu. Silnik tym razem nie zawiódł. Skutecznie popychał nas pod wyraźny nurt cieku. Ewingi nie zrobiły na nas wrażenia. Jezioro o kształcie zbliżonym do koła, całkowicie puste. lekko z prawej bielejące ściany jakiejś budowli przypominały, że istnieje tu jakieś życie. To były zabudowania Zalewa. Zrobiliśmy kółko po jeziorze i wróciliśmy na Jeziorak. W Matytach znaleźliśmy wygodny pomost i tam zostaliśmy na noc. Po krótkiej pracy na kanale. Nasz silnik ponownie odmówił posłuszeństwa. Zatkała się dysza gaźnika. Przetkałem i silnik podjął pracę.
To już koniec pierwszej części relacji z rejsu Jeziorakiem. Już dziś zapraszam na drugą. Popłyniemy Kanałem Elbląskim do pochylni Buczyniec.
Zgodziliśmy się. Umowa przyszła pocztą. Odesłaliśmy podpisaną z załączonym dowodem wpłaty zaliczki. Termin - koniec czerwca, początek lipca. Jak zwykle.
Fokus 650 na Jezioraku
Podróży nie pamiętam. Widać odbyła się zgodnie z planem, bez jakichkolwiek zakłóceń. Jak zwykle byłem wyposażony we wszelkie przydatne podczas czarteru akcesoria. Tym razem doszedł silnik i zrobiony z kawałka ortalionu uniwersalny tent do zawieszania na bomie. Pasował do każdego jachtu. Silnik, to podarowany nam przez kolegę Jana (dysponenta opisanego wcześniej jachtu Conrad 620), SALUT o mocy 1,8 KM, produkcji radzieckiej. Zacofany technologicznie, jeszcze gaźnikowy grat, choć przedtem wcale nie używany. Przed wyjazdem sprawdziliśmy, zapalał na jedno, dwa szarpnięcia. Jego dodatkową wadą był fakt, że nie posiadał biegu jałowego i po odpaleniu, natychmiast ciągnął. Bieg wsteczny uzyskiwało się przez obrócenie silnika o 180 stopni, ale wówczas rumpel był z tyłu, za rufą. Wzięliśmy jednak ze sobą ten "cud techniki", gdyż zamierzaliśmy popłynąć do pierwszej pochylni na Kanale Elbląskim.
Kiedy przyjechaliśmy do Iławy, zastaliśmy mnóstwo nowości. Ośrodek Pod Omegą rozwinął się. Powstały nowe pomosty, Tawerna, hotelik żeglarski, nowy parking dla gości, warsztat szkutniczy, jednym słowem postęp rzucał się w oczy. Na szczęście i tym razem naszą umowę finalizowała Pani K, a bosman, nie dość, że był ten sam, to jeszcze nas pamiętał. Tym razem łódź stała przygotowana, przy kei. Wnieśliśmy do niej nasze szpeje i zaczęliśmy układać według naszego widzimisię. Kuchnia była w pełni zorganizowana. Przyszła pora na zainstalowanie na pantografie naszego silnika. Bosman zanosił się ze śmiechu, kiedy zobaczył co montujemy. Skomentował tylko, że śmietniki w Iławie są pełne tego śmiecia. Uparliśmy się. Sprawdziliśmy na wodzie, czy odpala. Działał, jak należy. Już zamierzaliśmy odpłynąć, kiedy na horyzoncie pojawiły się czarne, burzowe chmury. Zaraz też lunęło. Na nasze szczęście, bo okazało się, że luk zainstalowany na deku jachtu ( jeden z dwóch, takich okienek 15 x 15 cm), jest pęknięty i cieknie. Bosman znalazł sposób. Poprosił, żebym dłutem wydłubał pleksi z tego okienka, dorobił szybko nowe i dał nam klej, oraz silikon do uszczelnienia. Nie minęło pół godziny, kiedy robota była skończona. Uznaliśmy, że nie warto już odpływać. Zamknęliśmy jacht i poszliśmy "w Iławę". Noc była spokojna, choć krótka. Tawerna oferowała wiele atrakcji, z których nie omieszkaliśmy skorzystać.
Rano, czyli około 12.00 "wykluliśmy się" z koi. Zaczęły się przygotowania do wyjścia z portu. Pomny rad mojego szkoleniowca, kapitana Gniłki, omówiłem manewry z załogą, każdy dostał swoją rolę. Ja, jako sternik, natychmiast po dobiciu, miałem odpalić silnik i na nim wyjść z portu. Zaraz za główkami, szwagier miał postawić grota, potem foka. Dziewczyny miały powyjmować odbijacze i sklarować cymy. Wszystko to w asyście przejrzystych komend. Taka trochę pokazówka. Na tarasie tawerny, jak zawsze, kiedy jakiś jacht wychodził lub zawijał do portu, zebrała się gawiedź. Obserwowali nasze wyjście.
Odcumowaliśmy, dziób odepchnięty, steruję rufą tak, żeby dziób wyszedł na wolną wodę. W tym momencie szarpię rozrusznikiem silnika, a on nic, drugi raz, nic, trzeci nic! Daję więc polecenie, grota staw! Marek posłusznie stawia żagiel. opuszczam trochę miecz, wychodzimy na żaglu. Nagle stop! Myślę, że stanęliśmy na mieczu. Wybieram jeszcze trochę, nic. Nagle z tarasu słyszę: Hej żeglarzu! Na kotwicy, to raczej nie wyjdziesz! O tym urządzeniu całkiem zapomnieliśmy, bo to bosman, parkując łódź ją rzucił, by jacht stał rufą do pomostu. Powinienem to sprawdzić. Teraz najadłem się wstydu. Marek wyrwał kotwicę i czym prędzej oddaliliśmy się od naszych krytyków. Do dziś się czerwienię na wspomnienie tego incydentu.
Nasze pierwsze kroki skierowaliśmy na cypel, który pamiętaliśmy z poprzedniego rejsu Jeziorakiem. Cypel też się zmienił. Jakaś wichura powaliła ogromną topolę (o średnicy pnia może ze dwa metry, tak, że koroną sięgała głęboko w wodę. Przybiliśmy do tej korony. Wyszedłem po gałęzi na pień i chciałem sprawdzić, jak się schodzi na ląd. Było wysoko. Na dole rosła trawa. Usiadłem i na tyłku zsunąłem się na tę trawę. Pech chciał, że zamaskowała ona dość głęboki dołek. Trafiłem akurat na krawędź tego dołka prawą stopą. Ta się wykręciła. poczułem ostry ból. Lewą nogą próbowałem ratować sytuację i paluchem wyrżnąłem w jakiś wystający pieniek. Raczkując na czworakach dobrnąłem do wody i zamoczyłem nogi w chłodnym jeziorze. Pulsujący ból pojawił się w obu stopach. Pierwszy dzień urlopu, a tu taki pech! Trzeba myśleć pozytywnie, toteż uznałem, że dobrze jest! Pływanie jachtem nie obciąża zbytnio nóg. Przecież to nie wędrówka szlakiem górskim. Mam wprawną załogę, dam radę. Na drugi dzień obie nogi spuchły. Nie mogłem założyć żadnego obuwia, poza klapkami z regulowanymi uchwytami. Kuśtykałem na obie nogi, przy czym ze zdziwieniem spostrzegłem, że ta wykręcona, boli mnie trochę mniej. Po powrocie z urlopu poszedłem do lekarza, gdzie okazało się, że paluch lewej stopy był złamany, ale po trzech tygodniach zrósł się sam.
Kolejny postój wypadł nam na zatoce głęboko wrzynającej się w ląd, w odległości jakichś 14 kilometrów od Iławy. Znaleźliśmy tu bardzo ładne miejsce, gdzie kiedyś, ktoś palił ognisko. Następnego dnia wyszliśmy wcześnie rano. Staraliśmy się opływać jezioro nieco inaczej niż poprzednim razem, kierując się jakby innymi szlakami. Przy długości i rozwiniętej linii brzegowej, nie było to trudne. Na noc stanęliśmy trochę na południe od wysp Gierczaki. Marta znów się wystraszyła, bo zaszczycił nas swoją obecnością dorodny zaskroniec. Przeczołgał się po polanie, na którą wyszliśmy z łodzi.
Kiedy przyjechaliśmy do Iławy, zastaliśmy mnóstwo nowości. Ośrodek Pod Omegą rozwinął się. Powstały nowe pomosty, Tawerna, hotelik żeglarski, nowy parking dla gości, warsztat szkutniczy, jednym słowem postęp rzucał się w oczy. Na szczęście i tym razem naszą umowę finalizowała Pani K, a bosman, nie dość, że był ten sam, to jeszcze nas pamiętał. Tym razem łódź stała przygotowana, przy kei. Wnieśliśmy do niej nasze szpeje i zaczęliśmy układać według naszego widzimisię. Kuchnia była w pełni zorganizowana. Przyszła pora na zainstalowanie na pantografie naszego silnika. Bosman zanosił się ze śmiechu, kiedy zobaczył co montujemy. Skomentował tylko, że śmietniki w Iławie są pełne tego śmiecia. Uparliśmy się. Sprawdziliśmy na wodzie, czy odpala. Działał, jak należy. Już zamierzaliśmy odpłynąć, kiedy na horyzoncie pojawiły się czarne, burzowe chmury. Zaraz też lunęło. Na nasze szczęście, bo okazało się, że luk zainstalowany na deku jachtu ( jeden z dwóch, takich okienek 15 x 15 cm), jest pęknięty i cieknie. Bosman znalazł sposób. Poprosił, żebym dłutem wydłubał pleksi z tego okienka, dorobił szybko nowe i dał nam klej, oraz silikon do uszczelnienia. Nie minęło pół godziny, kiedy robota była skończona. Uznaliśmy, że nie warto już odpływać. Zamknęliśmy jacht i poszliśmy "w Iławę". Noc była spokojna, choć krótka. Tawerna oferowała wiele atrakcji, z których nie omieszkaliśmy skorzystać.
Rano, czyli około 12.00 "wykluliśmy się" z koi. Zaczęły się przygotowania do wyjścia z portu. Pomny rad mojego szkoleniowca, kapitana Gniłki, omówiłem manewry z załogą, każdy dostał swoją rolę. Ja, jako sternik, natychmiast po dobiciu, miałem odpalić silnik i na nim wyjść z portu. Zaraz za główkami, szwagier miał postawić grota, potem foka. Dziewczyny miały powyjmować odbijacze i sklarować cymy. Wszystko to w asyście przejrzystych komend. Taka trochę pokazówka. Na tarasie tawerny, jak zawsze, kiedy jakiś jacht wychodził lub zawijał do portu, zebrała się gawiedź. Obserwowali nasze wyjście.
Odcumowaliśmy, dziób odepchnięty, steruję rufą tak, żeby dziób wyszedł na wolną wodę. W tym momencie szarpię rozrusznikiem silnika, a on nic, drugi raz, nic, trzeci nic! Daję więc polecenie, grota staw! Marek posłusznie stawia żagiel. opuszczam trochę miecz, wychodzimy na żaglu. Nagle stop! Myślę, że stanęliśmy na mieczu. Wybieram jeszcze trochę, nic. Nagle z tarasu słyszę: Hej żeglarzu! Na kotwicy, to raczej nie wyjdziesz! O tym urządzeniu całkiem zapomnieliśmy, bo to bosman, parkując łódź ją rzucił, by jacht stał rufą do pomostu. Powinienem to sprawdzić. Teraz najadłem się wstydu. Marek wyrwał kotwicę i czym prędzej oddaliliśmy się od naszych krytyków. Do dziś się czerwienię na wspomnienie tego incydentu.
Nasze pierwsze kroki skierowaliśmy na cypel, który pamiętaliśmy z poprzedniego rejsu Jeziorakiem. Cypel też się zmienił. Jakaś wichura powaliła ogromną topolę (o średnicy pnia może ze dwa metry, tak, że koroną sięgała głęboko w wodę. Przybiliśmy do tej korony. Wyszedłem po gałęzi na pień i chciałem sprawdzić, jak się schodzi na ląd. Było wysoko. Na dole rosła trawa. Usiadłem i na tyłku zsunąłem się na tę trawę. Pech chciał, że zamaskowała ona dość głęboki dołek. Trafiłem akurat na krawędź tego dołka prawą stopą. Ta się wykręciła. poczułem ostry ból. Lewą nogą próbowałem ratować sytuację i paluchem wyrżnąłem w jakiś wystający pieniek. Raczkując na czworakach dobrnąłem do wody i zamoczyłem nogi w chłodnym jeziorze. Pulsujący ból pojawił się w obu stopach. Pierwszy dzień urlopu, a tu taki pech! Trzeba myśleć pozytywnie, toteż uznałem, że dobrze jest! Pływanie jachtem nie obciąża zbytnio nóg. Przecież to nie wędrówka szlakiem górskim. Mam wprawną załogę, dam radę. Na drugi dzień obie nogi spuchły. Nie mogłem założyć żadnego obuwia, poza klapkami z regulowanymi uchwytami. Kuśtykałem na obie nogi, przy czym ze zdziwieniem spostrzegłem, że ta wykręcona, boli mnie trochę mniej. Po powrocie z urlopu poszedłem do lekarza, gdzie okazało się, że paluch lewej stopy był złamany, ale po trzech tygodniach zrósł się sam.
Kolejny postój wypadł nam na zatoce głęboko wrzynającej się w ląd, w odległości jakichś 14 kilometrów od Iławy. Znaleźliśmy tu bardzo ładne miejsce, gdzie kiedyś, ktoś palił ognisko. Następnego dnia wyszliśmy wcześnie rano. Staraliśmy się opływać jezioro nieco inaczej niż poprzednim razem, kierując się jakby innymi szlakami. Przy długości i rozwiniętej linii brzegowej, nie było to trudne. Na noc stanęliśmy trochę na południe od wysp Gierczaki. Marta znów się wystraszyła, bo zaszczycił nas swoją obecnością dorodny zaskroniec. Przeczołgał się po polanie, na którą wyszliśmy z łodzi.
Wygodne zejście na ląd.
W Siemianach też zaszły zmiany. Przystań, którą zastaliśmy poprzednim razem w budowie, teraz działała już pełną parą. Dawna geesowska gospoda "Cyraneczka" już nie istniała, za to powstała całkiem nowa "Kurka Wodna". Pokuśtykałem trochę po Siemianach i wróciliśmy do łodzi. Kolejny dzień, to kolejny rejs. Jeszcze raz popłynęliśmy na Płaskie. Nocowaliśmy, jak dawniej na polu namiotowym w Jerzwałdzie. Tym razem już był mały ruch. Widocznie termin naszego urlopu był nieco późniejszy niż poprzednio.
Słabo wieje na jeziorze Płaskim
W tle widać Jerzwałd
Czekały nas jeszcze północne rejony, poprzednim razem pominięte. Nocleg wypadł nam przy wyspie naprzeciw miejscowości Matyty. Kolejny dzień to wyprawa do wsi Dobrzyki. Weszliśmy w kanał prowadzący do jeziora Ewingi. Linia energetyczna i most na drodze do miejscowości wymagały złożenia masztu. Silnik tym razem nie zawiódł. Skutecznie popychał nas pod wyraźny nurt cieku. Ewingi nie zrobiły na nas wrażenia. Jezioro o kształcie zbliżonym do koła, całkowicie puste. lekko z prawej bielejące ściany jakiejś budowli przypominały, że istnieje tu jakieś życie. To były zabudowania Zalewa. Zrobiliśmy kółko po jeziorze i wróciliśmy na Jeziorak. W Matytach znaleźliśmy wygodny pomost i tam zostaliśmy na noc. Po krótkiej pracy na kanale. Nasz silnik ponownie odmówił posłuszeństwa. Zatkała się dysza gaźnika. Przetkałem i silnik podjął pracę.
To już koniec pierwszej części relacji z rejsu Jeziorakiem. Już dziś zapraszam na drugą. Popłyniemy Kanałem Elbląskim do pochylni Buczyniec.
piątek, 24 marca 2017
Wygodnym baksztagiem~06 Jezioro Drawsko
Posted on 12:01:00 by Przywod with No comments
Miałem wykupioną roczną prenumeratę miesięcznika Żagle. W tamtych czasach miesięcznik ten chwiał się trochę, musiał walczyć z konkurencją, jednak dzięki stałym czytelnikom, obronił swoją pozycję na rynku i szczęśliwie funkcjonuje do dziś. Znalazłem więc w Żaglach informację o czarterze jachtów na jeziorze Drawsko. Informacja zawierała opis jeziora i okolicy. Taki fajny artykuł. Poczytałem i nabrałem chęci na eksplorację tego akwenu. Skontaktowałem się więc z resztą naszej stałej ekipy i po uzyskaniu aprobaty zadzwoniłem do pana Jerzego G, właściciela firmy czarterującej jachty. Zaproponował nam łódź Mak 707. Widzieliśmy takiego Maka w Augustowie. Obszerna, przy tym dość lekka. Dobrze wytrymowana, pięknie chodziła do wiatru. Przyjęliśmy warunki wynajmu. Zawarliśmy umowę na dwa tygodnie i zapłaciwszy zaliczkę, oczekiwaliśmy na nadejście urlopu.
Czerwcowy termin, to nasz zwyczaj. Problem polegał wyłącznie na tym, żeby trafić na pogodę. Tym razem się udało. Wprawdzie podróż odbyliśmy w deszczu, ształowanie, przy całkowitym zachmurzeniu, ale gdy wyszliśmy na jezioro, pogoda polepszyła się nieco. Gdy dotarliśmy na miejsce pierwszego postoju, było już całkiem ładnie. Piękna pogoda towarzyszyła nam aż do ostatniego dnia urlopu.
Czerwcowy termin, to nasz zwyczaj. Problem polegał wyłącznie na tym, żeby trafić na pogodę. Tym razem się udało. Wprawdzie podróż odbyliśmy w deszczu, ształowanie, przy całkowitym zachmurzeniu, ale gdy wyszliśmy na jezioro, pogoda polepszyła się nieco. Gdy dotarliśmy na miejsce pierwszego postoju, było już całkiem ładnie. Piękna pogoda towarzyszyła nam aż do ostatniego dnia urlopu.
Drawsko. Postój przy dzikim brzegu.
Kiedy przejmowaliśmy łódź od właściciela, były zwyczajowe instruktarze, wpłata kaucji i taka zwykła rozmowa. Pochwaliliśmy się naszymi eksploracjami jezior i na pytanie, które z nich najbardziej przypadło nam do gustu, jednogłośnie stwierdziliśmy, że Jeziorak. Pan Jerzy pokiwał głową i powiedział: Po tym urlopie zmienicie zdanie. Nasze jezioro przebije wszystkie dotychczasowe.
Popłynęliśmy zatem zweryfikować sąd pana Jerzego. Najpierw oswajaliśmy się z jachtem. Zrobiliśmy kilka zwrotów, przybiliśmy do boi, żeby poznać właściwości nutyczne naszego pływającego domku i uznawszy, że wszystko jest w najlepszym porządku, popłynęliśmy ku przygodzie. Pierwszy postój wypadł nam w miejscu, które nie bardzo nadawało się na biwak. Było zarośnięte krzaczyskami, ale zbytnio nam to nie przeszkadzało, bowiem całą uwagę skierowaliśmy na urządzenie wnętrza, tak, żeby wiedzieć gdzie co mamy i żeby było nam przez nadchodzące dwa tygodnie wygodnie. Łódź miała zaskakująco dużo miejsca. Wydzielone były dwie kabiny - dziobowa, którą zająłem z Ulą, oraz salon, messa, kambuz i sypialnia w jednym - tu urządzali się Marek i Marta.
Ciepłe wnętrze MANTY
Salon sprawiał wrażenie "ciepłego". Drewniana boazeria, dębowa szafka-barek, elegancki plafon i nawet drewniany, stylizowany na kolumnę pilers sprawiały, że wnętrze wydało nam się przytulne.
Rano stwierdziliśmy usterkę, której wcześniej nie dało się zauważyć. Gdzieś na połączeniu skrzynki mieczowej i dna, łódź lekko przeciekała. Woda sączyła się przez jakąś drobną szczelinę, jednak nie na tyle, żeby groziło nam zalanie. Przez noc wybraliśmy z najniższego punktu (pod gretingami) może z pół wiaderka wody. Jednocześnie stwierdziliśmy, że w butli zabrakło gazu. Właściciel zapewniał nas, że dowiezie gaz w dowolne miejsce naszego pobytu, jeśli go tym zawiadomimy. Stanęliśmy przy pomoście w Starym Drawsku. Bosman bardzo miły. Oświadczył, że ma układ z Panem Jerzym, i postój jego łodzi, jeśli odbywa się w ciągu dnia (bez noclegu) jest za darmo a za nocleg mamy 15% upustu.
Postanowiliśmy zatrzymać się na noc i zwiedzić przedtem miejscowość.
Właściciel Manty, zgodnie z obietnicą, niebawem pojawił się na pomoście z pełną butlą gazu. Na wiadomość o przeciekającej skrzynce, zareagował zdziwieniem. Myślę, że wiedział o sączącej się wodzie, ale nie był zbyt dociekliwy, żeby ustalić miejsce przecieku. Nam się to udało. Do końca urlopu, każdy ranek zaczynaliśmy od rytualnego wybierania wody. Nie była to rzecz uciążliwa, choć, jak się okazuje, obeszła nas na tyle, że zapamiętaliśmy ten fakt na dłużej.
Właściciel Manty, zgodnie z obietnicą, niebawem pojawił się na pomoście z pełną butlą gazu. Na wiadomość o przeciekającej skrzynce, zareagował zdziwieniem. Myślę, że wiedział o sączącej się wodzie, ale nie był zbyt dociekliwy, żeby ustalić miejsce przecieku. Nam się to udało. Do końca urlopu, każdy ranek zaczynaliśmy od rytualnego wybierania wody. Nie była to rzecz uciążliwa, choć, jak się okazuje, obeszła nas na tyle, że zapamiętaliśmy ten fakt na dłużej.
Pogodne niebo nad j. Drawsko
Stare Drawsko okazało ciekawsze od Czaplinka, głównej miejscowości leżącej nad jeziorem. Historia "kapała" tu z każdego kąta. Zwiedziliśmy ruiny zamku, które w znacznym stopniu pobudziły naszą wyobraźnię, udaliśmy się też do miejscowej tawerny, gdzie na miejscu wędzono świeże ryby. Zamówiliśmy piwo a na zakąskę wędzonego węgorza. Niesamowicie smakowity zestaw. Ponieważ łódź pozostawała pod troskliwą opieką bosmana przystani, mogliśmy sobie pozwolić na zwiedzanie okolicy. Poszliśmy więc na sąsiadujące tylko przez wąski przesmyk z jeziorem Drawsko, jezioro Żerdno, zwane przez miejscowych Srebrnym. Rzeczywiście, przy odpowiednim oświetleniu, jezioro połyskiwało srebrną taflą, sprawiając wrażenie, jakby rzeczywiście miało w sobie nie wodę a wspomniany kruszec. Wróciliśmy do naszego ośrodka "Aquarius", gdzie stała łódź. Nie mieliśmy już ochoty na nic. Nawet kolacji już nie jedliśmy. Starczyły nam zjedzone wcześniej węgorze. Sen nadszedł szybko i był twardy. Gościnny pomost przystani gwarantował nam bezpieczeństwo, toteż mogliśmy sobie pozwolić na luksus niczym nie zakłóconego, krzepiącego snu.
Ranek powitał nas pięknym słonkiem. Zaraz też, uiściwszy należność w kasie przystani, udaliśmy się w nasz rejs. Popłynęliśmy do zatoki Rzepowskiej, z której uchodziła rzeka Drawa. Oczywiście, przy wejściu w rzekę umieszczono tablicę informującą, że jest to ulubiony szlak papieża Jana Pawła II, który kilkakrotnie, jeszcze będąc biskupem Wojtyłą, przemierzał ten szlak w kajaku. Stanęliśmy więc nieopodal, licząc na spotkanie kajakarzy. Tego dnia nikt tędy nie płynął. Za to Marek miał używanie. Wszystkie sąsiednie stanowiska wędkarskie były puste. Tego wieczoru jedliśmy okonie i płocie. Niestety, dopychający wiatr, targał nieco łodzią, więc do późnego wieczoru, nie mieliśmy spokoju. Za to kolejny dzień był już spokojniejszy. Wiatr nieco zmienił kierunek. Mogliśmy spokojnie odejść od brzegu i udać się w kierunku wyspy Bielawy. Jest to bardzo duża, zamieszkała wyspa, chyba piąta co do wielkości wyspa jeziorna w Polsce. Napisałem, że zamieszkała, bo istniało na niej gospodarstwo rolne, wraz z zabudowaniami. Zmieścił się tu także rezerwat przyrody, który można zwiedzać, idąc ścieżką edukacyjną, bądź obserwować przyrodę ze specjalnie wybudowanej platformy widokowej. Ten około 80 hektarowy skrawek lądu zgodnie zamieszkują sarny, dziki, bieliki i inne zwierzęta.
Ranek powitał nas pięknym słonkiem. Zaraz też, uiściwszy należność w kasie przystani, udaliśmy się w nasz rejs. Popłynęliśmy do zatoki Rzepowskiej, z której uchodziła rzeka Drawa. Oczywiście, przy wejściu w rzekę umieszczono tablicę informującą, że jest to ulubiony szlak papieża Jana Pawła II, który kilkakrotnie, jeszcze będąc biskupem Wojtyłą, przemierzał ten szlak w kajaku. Stanęliśmy więc nieopodal, licząc na spotkanie kajakarzy. Tego dnia nikt tędy nie płynął. Za to Marek miał używanie. Wszystkie sąsiednie stanowiska wędkarskie były puste. Tego wieczoru jedliśmy okonie i płocie. Niestety, dopychający wiatr, targał nieco łodzią, więc do późnego wieczoru, nie mieliśmy spokoju. Za to kolejny dzień był już spokojniejszy. Wiatr nieco zmienił kierunek. Mogliśmy spokojnie odejść od brzegu i udać się w kierunku wyspy Bielawy. Jest to bardzo duża, zamieszkała wyspa, chyba piąta co do wielkości wyspa jeziorna w Polsce. Napisałem, że zamieszkała, bo istniało na niej gospodarstwo rolne, wraz z zabudowaniami. Zmieścił się tu także rezerwat przyrody, który można zwiedzać, idąc ścieżką edukacyjną, bądź obserwować przyrodę ze specjalnie wybudowanej platformy widokowej. Ten około 80 hektarowy skrawek lądu zgodnie zamieszkują sarny, dziki, bieliki i inne zwierzęta.
Bielawa - platforma widokowa
Przystanek na ścieżce edukacyjnej
Jest tu też miejsce na wygodny postój "na dziko" Pomost przy najbardziej na północ wysuniętym cyplu, gdzie wygodnie można przycumować, a na sąsiadującej z pomostem polanie wydzielono miejsce na ognisko, przy nim wygodne siedzenia, oraz stół, przy którym można zjeść posiłek. Skorzystaliśmy z tych udogodnień i zatrzymaliśmy się na postój. Nie wiem, czy to specyfika miejsca, czy może faza księżyca były przyczyną zerowego efektu połowów. Szwagier stracił czas, zanętę i kilka wypalonych z nerwów papierosów. Bez jakichkolwiek efektów. Kolejny dzień, też spędziliśmy bardzo lajtowo. Opłynęliśmy wyspę. Kiedy będąc przy południowym krańcu Bielawy spojrzeliśmy w kierunku Czaplinka, zobaczyliśmy bezkresną toń jeziora a na końcu bielejący pojedyńczy żagiel. Był czerwcowy, powszedni dzień. Mieliśmy wrażenie, jakbyśmy byli na jeziorze sami. Tylko my i Drawsko!
Jezioro ma bardzo rozwiniętą linię brzegową. Liczne zatoki i wyspy, zachęcają do penetracji. Dzisiejszego ranka przyszła kolej na zatokę Uraz. Z dość głęboko wrzynającą się w ląd zatoką, sąsiadowała miejscowość Uraz, oraz wieś Warniłęg. Typowe pruskie zabudowania z czerwonej cegły, wąska, ale asfaltowa droga pozwalały na dość wygodną dla piechura wędrówkę do sklepu. Ula z bratem pozostali na wachcie przy łodzi, a ja z Martą, zabrawszy plecaki, udaliśmy się do wsi po prowiant. Kiedy wracaliśmy, zatrzymaliśmy się na chwilę na górującej nad taflą jeziora skarpie, by podziwiać przepiękny widok z jeziorem w roli głównej. Żałowałem, że nie miałem ze sobą aparatu. Widok był , jak z folderu reklamowego. Kiedy wróciliśmy, łódź była pięknie wysprzątana, a na stole stała zastawa z obiadem. Celebrowaliśmy ten obiad do późnego wieczoru.
Jezioro ma bardzo rozwiniętą linię brzegową. Liczne zatoki i wyspy, zachęcają do penetracji. Dzisiejszego ranka przyszła kolej na zatokę Uraz. Z dość głęboko wrzynającą się w ląd zatoką, sąsiadowała miejscowość Uraz, oraz wieś Warniłęg. Typowe pruskie zabudowania z czerwonej cegły, wąska, ale asfaltowa droga pozwalały na dość wygodną dla piechura wędrówkę do sklepu. Ula z bratem pozostali na wachcie przy łodzi, a ja z Martą, zabrawszy plecaki, udaliśmy się do wsi po prowiant. Kiedy wracaliśmy, zatrzymaliśmy się na chwilę na górującej nad taflą jeziora skarpie, by podziwiać przepiękny widok z jeziorem w roli głównej. Żałowałem, że nie miałem ze sobą aparatu. Widok był , jak z folderu reklamowego. Kiedy wróciliśmy, łódź była pięknie wysprzątana, a na stole stała zastawa z obiadem. Celebrowaliśmy ten obiad do późnego wieczoru.
Posiłek na Mancie
Kontynuowany do późnego wieczoru
... i nocnymi Polaków rozmowami
Kolejny dzień mieliśmy spędzić w tym samym miejscu. Przemieściliśmy się tylko nieco, bo Marek upatrzył sobie stanowisko do wędkowania. Został więc przy łodzi, a pozostała trójka poszła zwiedzać okolicę. Wszyscy otrzymali to, czego oczekiwali: Szwagier nałowił, my naoglądaliśmy się pięknych widoków.
Efekty połowu.
Kolacja, do dary natury. Były rybki i grzybki, które zebraliśmy po drodze.
Nazajutrz postanowiliśmy spenetrować najdalej na północ wysunięty kraniec jeziora. Wpłynęliśmy więc w zatokę Kluczewską. Przeciwny wiatr kazał nam halsować, ale może dzięki temu dość dokładnie obejrzeliśmy brzegi. Prawy był zalesiony, zaś na lewym występowały liczne pomosty ośrodków wypoczynkowych a także wędkarskie. Wreszcie oczom naszym ukazała się linia energetyczna, przebiegająca nad taflą jeziora. Na szczęście słupy stały na wzniesieniach i przewody przebiegały bardzo wysoko. Nie musieliśmy kłaść masztu, żeby pod linią przepłynąć. Zaraz też zatoka kończyła się. Stanęliśmy przy zachodnim, zalesionym brzegu, gdzie las sąsiadował z rozległym polem ornym, wzdłuż którego prowadziła ścieżka. Dokąd ona wiedzie? nasunęło nam się pytanie. Poszliśmy sprawdzić. Doszliśmy do typowej popegeerowskiej wsi, z dwukondygnacyjnymi "blokami" i jednym marnym sklepikiem. Grabinek, tak nazywała się miejscowość. Sam PGR, choć już opuszczony, wydawał się całkiem, całkiem.
Tu przyszła na nas refleksja: Czemu podczas transformacji ustrojowej na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, nie zadbano o interesy grupy społecznej, licznych przecież robotników rolnych, zatrudnionych w byłych PGR-ach i Spółdzielniach Rolniczych. Byli to ludzie prawie wcale nie wykształceni, lub słabo wykształceni w zawodach ukierunkowanych na rolnictwo. Po upadku socjalizmu zostali, jak to się mówi "z ręką w nocniku".
Wprawdzie mieli gdzie mieszkać, bo pozostawiono im mieszkania w niszczejących "blokach", ale nędzne zasiłki, które otrzymali, nie pozwalały na godne życie. Górnicy potrafili upomnieć się o swoje prawa, ci ludzie nie. Może ze względu na ich znaczne rozproszenie, na brak organizacji związkowej, wreszcie może na brak zrozumienia tego, co się dzieje...
Wracając, płynęliśmy wzdłuż wschodniego brzegu jeziora. Zachodni mieliśmy już z grubsza opłynięty, ale stanęliśmy na wysokości Bielawy, tym razem w leśnej dziczy w okolicy miejscowości Mącidół. Nazajutrz włóczyliśmy się po Drahimskim plosie, by wreszcie przybić do pomostu w budowie, przy południowym cyplu wyspy. Nadchodził wieczór. Wiatr dopychał do pomostu, rzuciliśmy więc wcześniej kotwicę i na długiej linie podeszliśmy dziobem do pomostu. Wczesnym rankiem wstałem, by zza płotu popatrzeć na gospodarstwo rolne na Bielawie, a moim oczom ukazał się siedzący na żerdzi ogrodzenia bielik. Ptaki te miały gniazdo na ogromnym drzewie (chyba to była lipa), górującym nad okolicą. Gospodarstwo - typowy dom z czerwonej cegły i takaż stodoła. Wróciłem na łódź. Śniadanie, a tu nadpłynęła motorówka a w niej panowie budujący pomost.
Pomost w budowie
Dowiedzieliśmy się, że będzie tu przybijał stateczek o obiecującej nazwie "EUROPA", pływający z Czaplinka.
Postanowiliśmy odbić. Postawiliśmy żagle i wybieramy line kotwiczną, gdy nagle STOP! Kotwica nie daje się wyrwać z dna! Próbujemy przez kabestan we dwóch, nic z tego! Marek rozebrał się, założył okulary do nurkowania i wskoczył do wody. Po linie dotarł do dna i stwierdził, że nasza kotwica zagrzebana jest w mule. Już mieliśmy zamiar odcinać ten ciężar, gdy przyszedł nam z pomocą jeden z panów budujących pomost. Poradził, żeby obłożyć kabestan i przejść na przeciwną burtę, kołysząc jednocześnie łodzią. Po kilku próbach, kotwica puściła. Zdobyliśmy kolejne doświadczenie. Do dziś jestem wdzięczny temu panu, za dobrą radę.
Tym razem stanęliśmy przy pomoście Aquariusa w Starym Drawsku, jeszcze przed południem. Naszym celem był sklep, tu ze szwagrem zaopatrzyliśmy się w piwo, potem była tawerna z jej wspaniałymi, świeżo wędzonymi rybami. Dziś daliśmy się namówić na sielawę. Cóż to za smaczna ryba! Najedliśmy się "po pachy" i jeszcze kupiliśmy trochę na wynos.
Tym razem stanęliśmy przy pomoście Aquariusa w Starym Drawsku, jeszcze przed południem. Naszym celem był sklep, tu ze szwagrem zaopatrzyliśmy się w piwo, potem była tawerna z jej wspaniałymi, świeżo wędzonymi rybami. Dziś daliśmy się namówić na sielawę. Cóż to za smaczna ryba! Najedliśmy się "po pachy" i jeszcze kupiliśmy trochę na wynos.
Kolejny dzień, to rejs w stronę Czaplinka. Na mapie widać było zatokę Pięciu Pomostów. Pomosty? Jakieś nędzne po nich resztki! Przy jednych takich resztkach pomostu przycupnęliśmy, modląc się w duchu, żeby wiatr nie zmienił kierunku. Udało się. Kolejny dzień. Obraliśmy kurs na pomost MOSW w Czaplinku. Popłynęliśmy tam, by zrobić zakupy na ostatni dzień pobytu i na powrót do domu, gdyż czekały na nas lodówki wypełnione jedynie światłem.
Obserwowaliśmy przez chwilę kursantów przybijających i odbijających od pomostu, potem wysłuchaliśmy miejscowych legend o tym, jak pewnej nocy zapadła się ziemia pod garnizonem wojskowym, pochłaniając cały pułk wojska. Ponoć miał to być gigantyczny lej krasowy, który następnie zalały wody jeziora. Powstała w ten sposób spora zatoka. Inna legenda mówi o zatopionym miniaturowym okręcie podwodnym. Podanie mówi, że w miejscowym (obecnym) LO w Czaplinku była ponoć szkoła dla kadetów ( napiszę fonetycznie) Krigsmarine, których szkolono właśnie na miniaturowych, dwuosobowych łodziach podwodnych. Ile w tych opowieściach prawdy? Nikt nie wie.
Pan Jerzy korzystał z pomostu pola namiotowego "U Jacka". Z MOSW w Czaplinku, to "żabi skok". Wróciliśmy około 17.00, jak wcześniej było umówione.
Obserwowaliśmy przez chwilę kursantów przybijających i odbijających od pomostu, potem wysłuchaliśmy miejscowych legend o tym, jak pewnej nocy zapadła się ziemia pod garnizonem wojskowym, pochłaniając cały pułk wojska. Ponoć miał to być gigantyczny lej krasowy, który następnie zalały wody jeziora. Powstała w ten sposób spora zatoka. Inna legenda mówi o zatopionym miniaturowym okręcie podwodnym. Podanie mówi, że w miejscowym (obecnym) LO w Czaplinku była ponoć szkoła dla kadetów ( napiszę fonetycznie) Krigsmarine, których szkolono właśnie na miniaturowych, dwuosobowych łodziach podwodnych. Ile w tych opowieściach prawdy? Nikt nie wie.
Pan Jerzy korzystał z pomostu pola namiotowego "U Jacka". Z MOSW w Czaplinku, to "żabi skok". Wróciliśmy około 17.00, jak wcześniej było umówione.
Również tym razem udało nam się odzyskać całą kaucję, gdyż jak zwykle wysprzątaliśmy do lśnienia łódź, no i udało nam się zwrócić ją z kompletnym wyposażeniem, także z kotwicą, z którą już wcześniej zgodziliśmy się pożegnać.
Panu Jerzemu przyznaliśmy, że Drawsko jest chyba najpiękniejszym jeziorem, po którym pływaliśmy. Charakterystyczne jest to, że każda zatoka ma odmienny charakter, jakby była odrębnym jeziorem. Umówiliśmy się, że w przyszłości jeszcze raz wynajmiemy tutaj jacht.
Czarter się zakończył, ale nie urlop. Postanowiliśmy skorzystać z okazji, że jesteśmy blisko i wyskoczyliśmy na flądrę, do Łeby.
Flądra nie przypadła mi jakoś do gustu, także Łeba. Wprawdzie próbowano mi wmówić, że jest to Księstwo Łeby, ale uznałem, to za tani chwyt marketingowy.
Kicz, tłok i zdzieranie kasy na naiwności turystów, ale świadomie daliśmy się naciągać. Nawet jedliśmy gofry z bitą śmietaną.
Flądra nie przypadła mi jakoś do gustu, także Łeba. Wprawdzie próbowano mi wmówić, że jest to Księstwo Łeby, ale uznałem, to za tani chwyt marketingowy.
Kicz, tłok i zdzieranie kasy na naiwności turystów, ale świadomie daliśmy się naciągać. Nawet jedliśmy gofry z bitą śmietaną.
Łeba. Tu można wszystko!
Pojechaliśmy takim stylizowanym pociągiem (dwa wagoniki ciągnięte przez niby lokomotywę) do Słowińskiego Parku Narodowego. Robi wrażenie! Położony na wąskim przesmyku pomiędzy Bałtykiem a jeziorem Łebsko, potrafi zafascynować urokiem wędrujących wydm, pięknymi widokami, które podziwiać można ze specjalnie wybudowanych platform widokowych.
Zaborcza wydma pochłania las.
Na szczycie wydmy. Jest olbrzymia!
Widok z wydmy na Bałtyk
Z wydm przemieściliśmy się do Peneminde, gdzie hitlerowcy testowali rakiety V1 i V2. Wprawdzie nigdy specjalnie nie interesowałem się militariami, ale to trochę historii. Hitlerowska baza rakietowa, zrobiła na mnie wrażenie.
Punkt widokowy.
Wróciliśmy do Łeby. Został nam jeden punkt programu. Plaża. Nie mieliśmy ochoty wylegiwać się na niej, ale postanowiliśmy choć pomoczyć w słonej, morskiej wodzie nogi.
Łeba - plaża.
Moczymy nogi w morzu.
Potem przeszliśmy do portu. Tam namawiano nas usilnie na rejsik kutrem w celu łowienia dorszy. Marek napalił się na tę eskapadę, ale musielibyśmy spędzić na kutrze noc, a czas naglił. Trzeba nam było wracać do domu. Wybraliśmy więc opcje zastępczą: krótką wycieczkę kutrem po Bałtyku, bez połowu dorszy. Wilk został nakarmiony i owca pozostała cała. Do domu wróciliśmy wypoczęci i nasyceni widokami Pomorskich jezior i samego morza, a także Słowińskiego Parku Narodowego. Był to piękny urlop!
wtorek, 7 marca 2017
Wygodnym baksztagiem~05 Jezioro Sławskie 1994
Posted on 11:18:00 by Przywod with No comments
Mazury nie wywarły na nas oczekiwanego wrażenia. Wprost przeciwnie. Zapamiętaliśmy zapaskudzone brzegi, wszechobecną arogancję i chęć wyzyskania turysty przez każdego, kto tylko mógł. Rzadko spotykaliśmy tam przejawy tak oczekiwanej przez nas kultury żeglarskiej, w zamian za to widzieliśmy butny szpan. Nie powinno się generalizować, toteż dodam, że spotkaliśmy tam wiele miłych i kulturalnych osób, ale piszę tu o ogólnych wrażeniach, jakie pozostały nam po spędzonych na WJM trzech tygodniach urlopu. Do
tego trzeba dodać niesprzyjającą pogodę, no i te koszmarnie
nieprzygotowane do wynajmu łodzie. Jednym słowem, mieliśmy na
razie dość tych Mazur. Marek z
Martą w tym roku postanowili urlop spędzić na wczasach, więc nie
pozostało nam nic innego, jak poszukać sobie jakiegoś miejsca na
odpoczynek w pobliżu domu. Kolejny urlop spędziliśmy więc,
na jeziorze Sławskim.
Jezioro
to rozciąga się w linii (z grubsza biorąc) wschód – zachód.
Korzystnie dla żeglarzy, bowiem w tym regionie, latem właśnie
zgodnie z osią jeziora wieją wiatry. Długość akwenu dochodzi do
dziesięciu kilometrów, a jego szerokość osiąga około dwóch
kilometrów. Jezioro ma rozwiniętą linię brzegową Liczne zatoki,
zatoczki i wyspy, które stanowią o jego atrakcyjności. Niestety wody tego
zbiornika nie są zbyt czyste. Mieszczą się w klasie czystości –
III, ale ryby w nim żyją i to całkiem spore!
Nad
jeziorem ulokowały się liczne ośrodki wczasowe i wypoczynkowe oraz
przystanie i pomosty żeglarskie. Do największych z nich należą
Przystań LKŻ ( Lubuskiego Klubu Żeglarskiego), LOK ( Ligi Obrony
Kraju) w Sławie, oraz Marina Chalkos w zatoce, a jakże -
Chalkoskiej, nieopodal miejscowości Lubiatów.
Wiosną
tego roku kupiliśmy sobie przyczepkę campingową. Niewielka
przyczepka, bez toalety i innych tego rodzaju wygód, którymi
dysponują współczesne przyczepy. No cóż, ta nabyta przez nas,
była NRD-owską odpowiedzią na nasz przyczepkowy hit z Niewiadowa.
Uznaliśmy jednak, że choć ciasna, ale własna i znacznie jednak
wygodniejsza od namiotu. Nasi przyjaciele – Jola i Ignacy poprosili
nas o użyczenie przyczepki na kilka dni, bowiem ich starsza córka
uczyła się do jakiegoś ważnego egzaminu i chcieli dać jej
nieskrępowany spokój. Wcześniej nieoceniony Jurek, znany
czytelnikom z kajakowej części bloga, poznał nas z wówczas
jeszcze bosmanem klubu Chalkos, panem W. Pan ten był szczęśliwym
posiadaczem własnej, zadbanej, choć bardzo skromnie (
powiedziałbym, w wersji podstawowej) wyposażonej łodzi. Była to
znana nam z Jezioraka łódź typu El Bimbo. Wyposażenie hotelowe
uzupełniliśmy we własnym zakresie, natomiast takielunek i
wyposażenie ratunkowe, było wystarczające i zgodne z
obowiązującymi wówczas przepisami. Jacht stał
się naszą „własnością” na dziesięć dni. Wcześniej jednak,
ustawiliśmy naszą przyczepkę na leśnym polu biwakowym między
Lubiatowem a Lubogoszczą. Weekend spędzić mieliśmy w przyczepie,
oczekując na przyjazd Joli, Ignaca i Moniki. Ich druga, młodsza
córka wybierała się właśnie na spływ kajakowy, który brał
początek w Sławie, w piątek następnego tygodnia, a więc w czasie,
kiedy pływaliśmy już wynajętym jachtem. Wszystko się jakoś tak
fajnie poukładało.
Przyjechaliśmy
więc samochodem z przyczepką na wspomniane już wcześniej miejsce
biwakowania, ustawiliśmy się i zainstalowali tak, by było wygodnie
stać przez dwa tygodnie. Potem, stwierdziwszy, że jest właśnie
pierwszy tegoroczny wysyp grzybów, udaliśmy się do lasu na
grzybobranie. Szybko uzbieraliśmy ich tyle, że starczyło na
smaczny obiad. Należało dogotować tylko nieco ziemniaków…
Ula
przed naszą przyczepą
Zaraz
też spotkała mnie niezwykła przygoda. Szedłem sobie ścieżką
wzdłuż jeziora w kierunku Chalkosu, żeby przynieść wodę pitną, kiedy w połowie drogi spotkałem
mojego przyjaciela Edka, który kilka lat wcześniej wyemigrował do
Kanady. Jakież było moje zdziwienie, kiedy dowiedziałem się, że
właśnie mnie szukał. Znalazł i oznajmił, że bardzo się cieszy. Padliśmy
sobie w objęcia i szczerze się ciesząc, podskakiwaliśmy przez
chwilę. Zapytałem: Jak mnie tu, w tej głuszy znalazłeś?
Odpowiedział, że wpadł do mojego „kawalerskiego” domu i tam od mojej mamy dowiedział się, że jestem nad jeziorem
Sławskim i chcę wynająć łódź w Chalkosie. Tam bosman
potwierdził fakt wynajęcia jachtu i poradził, żeby udał się
ścieżką wzdłuż północnego brzegu jeziora, gdzie u wlotu do
zatoki jest pole biwakowe, na którym prawdopodobnie jestem. Świat
jest mały! Za chwilę wracaliśmy już z wodą. Ula w tym czasie
przygotowała grzybkowy obiad, w sam raz dla Edka, który uwielbiał
wprost grzyby.
Edek
Grzybkowy
obiad z przyjacielem
Edek
przyjechał do Polski służbowo. Skorzystał więc z
okazji, żeby się ze mną spotkać. Został z nami w przyczepie.
Prawie całą noc przegadaliśmy, a wierzcie mi, było o czym! Rano
Edek pojechał załatwiać swoje sprawy. Obiecał, że jeszcze w tym
roku, jesienią przyjedzie do nas, do domu, na dwa, trzy dni.
Wywiązał się z obietnicy. Wymieniliśmy się wówczas adresami,
numerami telefonów ( mieliśmy ten sam od lat, tylko, że właśnie
odbywała się reforma telefonizacji i wciąż dodawano kolejne
cyferki do numerów). Rozwijający się internet pozwalał też na
szybszy i sprawniejszy kontakt za pomocą e-mail. Korzystaliśmy w
pełni z tych udogodnień. Mój przyjaciel bywał często gościem w
„starym kraju” i za każdym razem nie omieszkał nas odwiedzić. Wreszcie obiecał przyjechać ze swoją najmłodszą, teraz już szesnastoletnią córką, na tydzień.
Ola wyjechała z kraju jako malutkie dziecko, nie bardzo mówiące w
jakimkolwiek języku, więc naturalne, że jej pierwszym ( i jedynym)
językiem stał się angielski. Oboje z żoną odczuwaliśmy pewien rodzaj tremy, bo mieliśmy gościć anglojęzyczną nastolatkę. Jednak bardzo cieszyliśmy się na ich przyjazd. Nagle, na krótko
przed planowanymi odwiedzinami, kontakt z Edkiem się urwał. Nie
mogłem skontaktować się z nim za pomocą żadnego z uzgodnionych
sposobów. Zachodziłem w głowę, czy może czymś go obraziłem?
Analizowałem pośród bezsennych nocy wszystkie swoje wypowiedzi i
nie mogąc znaleźć niczego, co by było choć w najmniejszym
stopniu kontrowersyjne, wreszcie odpuściłem, choć było mi bardzo,
bardzo przykro.
Minęło
sześć lat od tego momentu. Spotkałem w Zielonej Górze byłego
szwagra Edka. Spytałem o niego. Otrzymałem informację, której
nikt by nie chciał otrzymać.
- To ty
nic nie wiesz?
- …
No nie wiem, a co mam wiedzieć?
- Edek
od sześciu lat nie żyje!
Ugięły
się pode mną nogi. W ustach zaschło w oczach pociemniało. Ta
wiadomość kompletnie mnie rozbiła.
- Jak
to nie żyje, wyjąkałem wreszcie.
- Grał
w tenisa. Zawał dopadł go na korcie. Był bardzo rozległy. Edek
nie przeżył, choć otrzymał natychmiastową pomoc medyczną.
Myślę,
że Ola powinna mnie jakoś powiadomić, ale zapewne sama była w
szoku i nie w głowie jej było kontaktować się z przyjaciółmi
ojca.
Nie
mogłem już niczego zrobić dla przyjaciela. Niech więc te kilka
słów będzie hołdem dla jego pamięci.
Wróćmy
jednak do naszego urlopu. W tamtym czasie, GPS nie był jeszcze rozpowszechniony,
nawet zwykłe, papierowe mapy nie były łatwo dostępne. To
pozostałość po Układzie Warszawskim, w którym posiadanie mapy
terenu w niewielkiej skali, było czymś bardzo podejrzanym. Na
szczęście były już kolorowe kserografy. Złożyłem więc dwie
niezależne mapy i powstała jedna, na której było całe jezioro i
trochę przyległego terenu.
Mapa
jeziora Sławskiego, złożona z dwóch niezależnych map o tej samej
skali.
W niedzielę rano poszliśmy z Ulą do pana W, po łódź. Przepłynęliśmy nią na biwakowisko i zacumowaliśmy
w sąsiedztwie przyczepy. Po południu
nadjechali Jola, i Ignacy. Przejęli przyczepę. Nastał ciepły, letni wieczór. Spędziliśmy miło czas, niestety przy sztucznym świetle, bo ogniska
w tym miejscu nie wolno było rozpalać. W poniedziałek, około
godziny jedenastej, popłynęliśmy na nasz urlop we dwoje.
Pływaliśmy
cały dzień po jeziorze. Było wietrznie, ale pogodnie. Nie mieliśmy
żadnego celu. Robiliśmy to dla czystej przyjemności. Łódź była
doskonale wytrymowana, więc żeglowanie sprawiało nam wiele frajdy.
Pod wieczór popłynęliśmy na miejsce, które znaliśmy z
wcześniejszych pobytów (na Conradzie). Zmieniło się. Pomost
wędkarski, który w tym miejscu zawsze był, legł w ruinie.
Południowe brzegi jeziora są płytkie, a El Bimbo ma spore
zanurzenie. Pomost dałby nam możliwość wychodzenia na ląd suchą
nogą. Powyciągałem na brzeg wszystkie żerdzie, które leżały na
dnie z postanowieniem odbudowania pomostu. Rano celem naszym stała
się Sława. Popłynęliśmy tam, żeby kupić jakieś narzędzia i
gwoździe. Wróciliśmy z zakupami na miejsce i zaczęliśmy budowę.
Budowałem dwa dni. Nie było to arcydzieło sztuki ciesielskiej, ale
wreszcie mogliśmy wychodzić na ląd bez brodzenia po kolana w
wodzie.
El
Bimbo przy „nowym” pomoście.
Ciekawostką
może być fakt, że podczas naszej pracy byliśmy bacznie
obserwowani przez wędkarzy, którzy chętnie skorzystali z naszego
pomostu, kiedy tylko odpłynęliśmy, ale muszę przyznać, że
zaskoczyli nas tym, że bez proszenia, zeszli zeń, widząc z daleka,
że nadpływamy. Dedukowali, że po naszym urlopie, pomost i tak przejdzie
w ich niepodzielne władanie, a tymczasem nie będą nam
przeszkadzać.
Trafiła
nam się piękna pogoda. W dzień pływaliśmy, a to do Chalkosu, po
wodę, a to do Lubiatowa, czy sławy, po zakupy żywności, wreszcie
po jeziorze, ot tak sobie, dla przyjemności. Na noc wracaliśmy na
nasze miejsce i cumowaliśmy do pomostu. Wyrzucałem z rufy dwie
wędki. O trzeciej nad ranem wychodziłem do kokpitu i zdejmowałem z
obu haczyków węgorza. Jedliśmy je codziennie, aż wreszcie dopadły
nas mdłości. Węgorz jest tłustą rybą, więc nic dziwnego, że
po tygodniu kompletnie nam obrzydł. Od tego momentu łowiliśmy już
tylko na ciasto. Brały krąpie i płocie.
Ula
nawet w polowych warunkach potrafiła sporządzić wyśmienity obiad.
Widok w kierunku Sławy.
Chodziłem
rano na swoje treningi (około godziny marszobiegiem). Tutejszy las
zachęcał do takich wędrówek. Dukty, choć piaszczyste, pozwalały
na szybki marsz, a leśne powietrze przesycone olejkami żywicznymi
napełniały balsamem moje płuca. Ula zaczytywała się w romansach,
ja w powieściach S.F. Woda była ciepła. Wygrabiłem dno i
mieliśmy wspaniałe zejście do wody. Kąpaliśmy się najczęściej,
jak tylko było można.
Południowa kąpiel.
Przedwieczorna
kąpiel.
Jak
wcześniej wspominałem, z campingu w Sławie, w nadchodzący piątek,
miał wyruszyć spływ kajakowy, którego komandorem był jak zwykle
Rysio. Ola, młodsza córka naszych przyjaciół K. płynęła w
kajaku właśnie z Rysiem.
Uroczystość
rozpoczęcia spływu zbiegła się z jakimś lokalnym
świętem Sławy. Na terenie ośrodka zorganizowano zabawę.
Stanęliśmy na mieczu, w pewnej odległości od brzegu, zamknęliśmy
zejściówkę i udaliśmy się na tańce. Trwały prawie do rana.
W Sławie - postój na mieczu.
Rodzina
K. z Ulą na jachcie.
Rano,
kiedy spływ ruszył w kierunku Lubiatowa, ruszyliśmy i my. Wiało
niezbyt mocno i akurat od rufy, więc wzięliśmy dwa kajaki ( w tym
Rysia z Olą) na hol i tak podciągnęliśmy ich aż za wyspę, gdzie
nasze drogi rozchodziły się.
Kajaki
na holu.
Popłynęliśmy
do naszego pomostu. Została nam już ostatnia noc na jachcie. W
niedzielę, około południa oddaliśmy wypucowaną łódź
właścicielowi. Potem chętnie jeszcze nam ją wypożyczał na
krótkie, kilkugodzinne pływania.
Niechcący zetknęły się moje pasje – kajakowa i żeglarska. Wróciliśmy do
domu bardzo wypoczęci i szczęśliwi. Było tyle pozytywnych wrażeń!
Subskrybuj:
Posty (Atom)















































