piątek, 27 kwietnia 2018

Pierwszy rejs do morza Cz.VIII ~ Z prądem i pod prąd

Ranek następnego dnia był także pogodny. Meteorolodzy wciąż straszyli nas załamaniem pogody, to wszakże, na szczęście nie nadchodziło.

Wspinaliśmy się więc mozolnie z prędkością 5-6 km/godzinę pod bystry nurt Odry, mając przy tym mnóstwo czasu na kontemplację otoczenia. Na Dolnej Odrze spotykaliśmy zestawy pchane płynące do i z Bielinka, gdzie wydobywano kruszywo.

Naturalnym wydało nam się porównywanie brzegów - niemieckiego i polskiego. Niemiecki wypadał (niestety dla nas), lepiej w tym krótkim rankingu.

Wały przeciwpowodziowe były tam regularnie poprawiane i wykoszone, lub wypasione przez zwierzęta.


Stare,zeschnięte konary drzew i badyle znoszono w pryzmy i wywożono z międzywala. Główki, (lub ostrogi, jak kto woli) były systematycznie naprawiane, po każdej powodzi, a statki robocze z niemiecką banderą, pojawiały się dość często. Nasz brzeg, w niektórych miejscach wyglądał niekiedy nawet lepiej niż niemiecki, ale widać było na nim brak staranności i systematyczności.

Dla porównania: Kiedy na niemieckim brzegu pojawił się znak postoju, to trawa w odległości kilkudziesięciu metrów przed i za znakiem była krótko wykoszona. Wykoszono też dojście z wału do tego miejsca. Przy polskich znakach trawa rosła tak wysoko, że czasem je skrywała...

Nawet betonowe nabrzeże, które powinno być bezpieczne dla statków, nie przyjmowało ich, głosząc znakami, że w tym miejscu jest zakaz cumowania. Przypadek? Nie! Nikomu nie chciało się (lub,co najbardziej prawdopodobne, zabrakło na to pieniędzy) pogłębić dna przy takim nabrzeżu, w dodatku drewno, które było przykręcone do betonu, by łagodzić ewentualne mocniejsze uderzenia burt statków o keję, teraz zbutwiało i odpadło, pozostawiając po sobie sterczące kikuty zardzewiałych śrub. Przybijanie w takim miejscu groziło uszkodzeniem statków, stąd ten zakaz. Przykłady można mnożyć w nieskończoność.

Krajnik wielki, po drugiej stronie Odry Schwedt. Tam industrialna okolica, u nas niedokończona i porzucona budowa jakiejś fabryki. Tyle pieniędzy poszło na marne!

                                                         Zindustrializowane Schwedt
                                                 Pozostałości po dobrych chęciach


Mieliśmy też czas, żeby w trakcie płynięcia wypić w kokpicie najpyszniejszą pod słońcem kawę. Marta, z zachwytu aż mrużyła oczy, a Ania, choć kawy nie piła, też lubiła ten rytuał, bo w tym momencie, często podawano coś słodkiego...


Wreszcie dopłynęliśmy w okolice Bielinka i tam zapadliśmy na nocleg. Miejsce o tyle ciekawe, że bardzo urozmaicone przyrodniczo. Na łasze naprzeciw zacumowanego Kucyka suszyły skrzydła kormorany, bocian przechadzał się tuż przy naszej łodzi, a miejscowy wędkarz, tak się rozczulił widokiem polskiej bandery na jachcie, że oddał nam złowione przez siebie dwa, dość duże szczupaki. Kiedy dodaliśmy do tego, złapane przez szwagra płotki, była niezła wyżerka!


Żeby zrozumieć powód mojego utyskiwania na polskie niedbalstwo i niekonsekwencję w działaniu, powiem tym, którzy nie interesowali się żeglugą śródlądową, tą najbardziej ekologiczną i ekonomiczną gałęzią transportu, że z nieznanych bliżej powodów, kolejne rządy naszego kraju, systemowo zaniedbywały szlaki żeglowne i samą żeglugę. Działo się tak od lat 70-tych ubiegłego wieku. Wówczas, kiedy wypłynęło się np. kajakiem na Odrę, po kilkunastu minutach spotykało się płynący z prądem lub pod prąd jakiś statek rzeczny. Obecnie, przemieszczający się rzeką lub kanałem, zestaw pchany budzi sensację a ludzie zbiegają się z okolicy, żeby to zobaczyć. Smutne, ale prawdziwe.

Teraz, kiedy wejdę na stronę  "Wirtualnego statku"  www.zegluga.wroclaw.pl czytam, że następuje jakieś ożywienie w tej kwestii, choć nadal nie widzę konkretnych działań. Stopień wodny w Malczycach, nadal jest w niekończącej się (od wielu, wielu lat) budowie. Inne budowle też nie wychodzą ze stadium "pobożnych życzeń".

Powiem słowami wieszcza: " w słowach tylko chęć widzimy, w działaniu potęgę".

Zapraszam na kolejny odcinek mojego rejsu. Zamieszczę relację niebawem.

niedziela, 22 kwietnia 2018

Pierwszy rejs do morza Cz.VII ~ Z prądem i pod prąd

Strachy na Lachy!
Okazało się, że podczas powrotu przez zalew, pogoda była doskonała. Świeciło słońce i wiał wiatr o sile 3-4B od rufy. Widoczność była doskonała, co w oczywisty sposób wpłynęło na nasze humory. Zanim jednak dopłynęliśmy do"akwenu strachu" po drodze  zawinęliśmy najpierw do pomostu stacji benzynowej w Dziwnowie, następnie do kei w porcie Wolin. Tam napotkaliśmy śródlądowy statek wycieczkowy SAKSONIA, pływający pod szwajcarską banderą. Był tak wielki, że nie mieścił się w kadrze. Musiałem odejść na sporą odległość, by mu zrobić zdjęcie "z profilu".



 Potem był już zalew. Płynięcie podczas sprzyjającej pogody może być ciekawe, tym bardziej, że na torze wodnym do Szczecina mijały nas statki oceaniczne.
Dopłynęliśmy do nabrzeża chemicznego w Policach, gdzie odbywało się ształowanie statku oceanicznego z jednoczesnym bunkrowaniem paliwa. Pierwszy raz widzieliśmy taką operację.

Na zdjęciu bunkierka zacumowana do burty ształowanego statku oceanicznego

Jeszcze trochę więcej niż godzina płynięcia i ujrzeliśmy jezioro Dąbie. Zeszliśmy ze szlaku na Szczecin, by popłynąć do Lubczyny, gdzie znajduje się port. Zatrzymaliśmy się tylko na chwilę, by zrobić zakupy i pospacerować po miejscowości. Niestety w porcie trwały właśnie jakieś hałaśliwe prace remontowe, więc zdecydowaliśmy się na znalezienie nieopodal spokojnego miejsca na dziki biwak. W tym momencie oddałem inicjatywę szwagrowi, bowiem starym zwyczajem, to on ustalał miejsce biwakowania, pod kątem przyszłego rybobrania. Miejsce było bardzo dobre. Osłonięte trzcinami oczko wolnej wody, z tyłu łoziny i wygodna ścieżka do wsi. Nieopodal dobre stanowisko dla wędkarza.


 Wieczorem była rybna kolacja, jak zwykle kilka partii w kości i nareszcie spokojny sen. Pogoda i następnego dnia była ładna. Jezioro było bardzo spokojne. Tafli wody nie marszczyła żadna falka. Około 11.00 ruszyliśmy w kierunku portu Szczecin. Przedtem jednak kontemplowaliśmy piękne widoki. Jezioro Dąbie jest tak wielkim akwenem, że widać już na nim krzywiznę Ziemi. Z naszego stanowiska oglądaliśmy jedynie żagle jachtów wypływających z Dąbia Małego, na Wielkie. Kadłub nie był widoczny, nawet przez mocną lornetkę.



Spokojnego rejsu nie zakłócało nic! Był czas na robienie zdjęć, był czas na opalanie i błogie lenistwo. Przez Dąbie płynęliśmy leniwie, na niskich obrotach silnika, ot takie sobie pyr, pyr...
Wreszcie dopłynęliśmy do Szczecina, mijając po drodze stocznię z jej ogromną suwnicą, nabrzeże portu, przy którym akurat przycumował wielki wycieczkowiec, wreszcie przepływając koło kapitanatu zapytaliśmy, gdzie będziemy mogli przycumować. Bosman wyraził zgodę na cumowanie przy Wałach Chrobrego, w okolicy mostu na Odrze, ale nie dłużej niż trzy godziny. Tak też zrobiliśmy.


Znów nie miałem szczęścia w losowaniu. Przegrałem i musiałem zostać na wachcie pokładowej, kiedy wszyscy poszli sobie "w miasto". Skorzystałem z okazji i zdemontowałem tent nad kokpitem, bowiem musieliśmy przepłynąć pod kolejnym niskim mostem, kierując się w górę Odry Zachodniej. Po spełnieniu tej czynności, siedziałem sobie w kokpicie i obserwowałem ruch rozmaitych jednostek pływających. Brylowały tu głównie małe statki wycieczkowe, które obwoziły turystów po porcie. Jednak przypływały też wycieczkowce z Niemiec, wówczas na keję wylewał się potok turystów, którzy z zaciekawieniem przyglądali się między innymi Kucykowi. Ja zaś skonstatowałem, że woda w Odrze na terenie portu jest jednym wielkim śmietniskiem. Pływało w niej wszystko! Fuj!
Po powrocie załogi ruszyliśmy w dalszy rejs. Płynęliśmy koło dworca PKP, koło przystani przedsiębiorstwa Odratrans i dalej w kierunku Niemiec.

Wreszcie łącznikiem "Skośnica" powróciliśmy na Odrę Wschodnią, zwaną Regalicą. Tu już dało się odczuć mocniejszy nurt. Płynęliśmy wolniej, ale i tak udało nam się dopłynąć do nieczynnej już śluzy zwanej przez miejscowych "Berlinką", która niegdyś służyła do pokonywania różnicy poziomów między Regalicą ( wyższy) a Odrą Zachodnią (niższy). Obecnie poziomy obu rzek zrównano, a budowla hydrotechniczna poszła w ruinę. Stanęliśmy w niej na nocleg. Brzegi były suche i wygodnie wychodziło się na nabrzeże.

Dzień miał się ku końcowi, a my pełni wrażeń poczuliśmy się nieco zmęczeni.

Spokój wieczoru udzielił się nam, jak nigdy dotąd. Wprawdzie, jak zwykle usiedliśmy w kokpicie do kolacji, ale nie chciało się nam już "markować" po nocy. Przed nami były kolejne dni mozolnego wspinania się pod prąd Odry.

środa, 18 kwietnia 2018

wtorek, 27 marca 2018

Pierwszy rejs do morza Cz.VI ~ Z prądem i pod prąd

Kamień Pomorski gościł nas do kolejnego ranka. Zwiedziliśmy to klimatyczne miasteczko. Trzeba przyznać, że ma imponujące zabytki, no i związki z historią bogate.
Najbliżej mariny znajdowała się baszta - brama, będąca elementem umocnień miejskich, w których obecnie znajduje się nowoczesne i bardzo ciekawe muzeum kamienia.
                                                     Zwieńczenie baszty od wewnątrz
W jednej z sal stoi szkielet tyranozaura, a na telebimach wyświetlana jest historia związana z życiem i zagładą dinozaurów. Dla Ani to gratka. Bardzo ją zaciekawiła ta prezentacja. Potem zwiedzaliśmy kolejne sale, na kolejnych poziomach, a między nimi, wzdłuż schodów, sprytnie umieszczone gabloty, w których w ciekawy sposób prezentowano różne minerały.

Wreszcie dotarliśmy na szczyt baszty, skąd rozpościerał się piękny widok na miasto i Zalew Kamieński.
Wędrowaliśmy dalej. W rynku oczarował nas piękny, XIII wieczny ratusz.
W piwnicy tego szacownego zabytku usytuowana była stylowa restauracja. W sam raz dla nas, bowiem czas zrobił się obiadowy i poczuliśmy głód.
Po obiedzie, przeszliśmy do katedry, równie zabytkowej i pięknej.
                                                               Dzwonnica katedry
                                                                           Katedra

Na drzwiach wisiało ogłoszenie o koncercie symfonicznym, który miał się odbyć w katedrze o godzinie 19.00 . Udało nam się trafić na wieczór kulturalny. Zawsze ciekawiły mnie te wieczory, o których czytywałem w prasie i zawsze chciałem usłyszeć dźwięk jednych z najsłynniejszych organów w Polsce. Usłyszałem. W programie nie mogło zabraknąć toccaty i fugi d-moll J.S. Bacha. Program był bardzo bogaty, a dla mnie ciekawy i satysfakcjonujący. Wyszedłem z katedry w kulturalnym uniesieniu. Na rano zostawiliśmy sobie ciekawostkę w postaci wystawy figur żołnierzy "kamiennej armii" z Chin, którą zorganizowano w sąsiadującej z katedrą szkole. Niestety, okazało się, że tego dnia wystawa jest nieczynna, za to w sąsiednim parku odbywał się plener rzeźbiarski. Bardzo ciekawa impreza. Niestety, nie mogliśmy zostać dłużej, by podziwiać kunszt artystów, biorących w niej udział, bo czekał nas krótki etap do Dziwnowa, gdzie nazajutrz mieliśmy się spotkać z Martą i Markiem.

Pełni wrażeń odbiliśmy od gościnnej kei w Kamieniu Pomorskim. W ciągu niespełna godziny dotarliśmy do Dziwnowa.

                                                       Port wewnętrzny w Dziwnowie

Port wewnętrzny od morskiego dzieli most drogowy. Ten, na szczęście otwierano regularnie co dwie godziny, ale do kolejnego otwarcia była jeszcze godzina, więc mając już praktykę w pokonywaniu niskich mostów w Podjuchach i Wolinie i tym razem przeszliśmy pod stałym przęsłem, po demontażu jedynie masztu sygnałowego. Podpłynęliśmy do budynku kapitanatu, gdzie zgłosiliśmy chęć pozostania w porcie przez kolejnych pięć dni. Przyjął mnie bosman o fryzurze a'la Janosik, siedzący za konsolami i różnymi wskaźnikami, rejestratorami i innymi urządzeniami, których przeznaczenia nie potrafiłem określić. Po zarejestrowaniu postoju, i przydzieleniu miejsca w porcie rybackim, pan bosman ( sympatyczny, a jakże!) zagadnął mnie, kiedy pokonywałem Zalew Szczeciński? Odpowiedziałem że przedwczoraj między godziną 11:00 a 15:00. Bosman pokazał mi bęben rejestratora i z uznaniem pokiwał głową. Krzywa wiatru rejestrowanego na bramach torowych osiągnęła poziom 11 B!!! wprawdzie trwało to zaledwie 5-6 minut, ale to przecież huraganowy wiatr! To właśnie wtedy trzeszczały taśmy mocujące tent, i to z tego powodu zainteresowanie służby SAR naszym losem. Teraz do mnie to dopiero dotarło...

                                                Kucyk w porcie rybackim w Dziwnowie
Nasi współzałoganci przyjechali w umówionym czasie. Szybko też zainstalowali się w jachcie.

Potem była plaża, kąpiel i normalne, turystyczne życie w nadmorskiej miejscowości, a więc buszowanie po straganach, zajadanie się goframi, lodami i innymi specjałami, właściwymi dla takich miejsc.


Ja miałem "przeciapane". Nie lubię leżeć na plaży (czuję się jak na patelni).  Uważa się, że kiedy woda w Bałtyku osiąga temperaturę 19 stopni, jest ciepła. Dla mnie to stanowczo za niska temperatura do dłuższej niż pięciominutowa, kąpieli toteż, by się zbytnio nie nudzić, serwisowałem jacht. Pozszywałem nadwyrężone przez wichurę pasy napinające tent (rzeczywiście to trzeszczenie, to były pękające nici przy klamrach). Zająłem się też silnikiem. Musiałem zdemontować śrubę, bo na wałek za śrubą zawinęła się jakaś żyłka i to dość grubo. Potem jeszcze sprawdzałem poziom oleju, ładowałem akumulatory, studiowałem mapy i robiłem plan podróży powrotnej. Największe obawy miałem z płynięciem przez Zalew. Meteorolodzy zapowiadali załamanie pogody. Wyjednałem wśród załogi jeden dzień. Skróciliśmy pobyt w Dziwnowie, by zdążyć przed załamaniem pogody przepłynąć "wielką wodę". Ze zdziwieniem stwierdziłem, że mam sojuszników w osobach mojej żony i córki. Okaząło się, że też dzieliły moje obawy.
Wypłynęliśmy tak, by tym razem zdążyć na otwarcie mostu. Przedtem jednak popłynąłem do morza, by zamoczyć w słonej wodzie kadłub naszego statku. Zawróciłem tuż za główkami, wzbudzając zdziwienie pilota odprowadzającego nas do główek. W ten sposób nasz rejs zakończył się w morzu.

                                                              Morski horyzont
Od tego momentu zaczęliśmy nasz rejs powrotny do Cigacic. Zapraszam do kolejnych odcinków relacji z tej podróży.

wtorek, 20 marca 2018

Pierwszy rejs do morza Cz.V ~ Z prądem i pod prąd

Port rybacki w Stepnicy stał się naszym "domem" przez kolejne dwa i pół dnia, licząc z dniem przybycia, to praktycznie trzy dni. Po przycumowaniu gdziekolwiek, udałem się do kierownika bazy, bo tak tytułowali go rybacy, by uzyskać pozwolenie na pobyt i lokalizację stanowiska cumowania. Pan kierownik okazał się być równie miłym gościem, jak spotykani na innych przystaniach bosmani. Pozwolił przycumować na stanowisku, gdzie było przyłącze energetyczne i skąd było dość blisko do sanitariatów i stołówki. Z tej ostatniej nie korzystaliśmy, ale sanitariaty były zawsze pożądanym przez nas elementem dostępnej infrastruktury we wszystkich przystaniach, które odwiedzaliśmy. Te były czyste i w pełni sprawne, toteż uznaliśmy, że mamy wszystko, co nam potrzebne.


 Rybacy, to bardzo pracowici i nieustraszeni ludzie. Wypływali na połowy w warunkach, które my uznaliśmy za zbyt niebezpieczne do kontynuacji naszego rejsu.


 Stanęliśmy tu zatem i czekaliśmy na dogodne warunki atmosferyczne, by popłynąć dalej, przez Zalew Szczeciński, do portu w Wolinie.

Urozmaicaliśmy sobie czas, zwiedzając Stepnicę, przebywając na plaży. Tu zaznaczę, że my, dorośli, nie odważyliśmy się wejść do wody, choć była znośna (jeśli chodzi o temperaturę), ale nasza córka, jak każde dziecko, musiała! i kąpała się, a kiedy wołaliśmy, żeby już wyszła, bo jest jej zimno, jak każde dziecko, z trzęsącymi się z zimna ustami, zapewniała, że jest jej ciiepppło!
Zwykle pozwalaliśmy jej jeszcze przez chwilę pobyć w wodzie i kazaliśmy wyjść z niej, by ją osuszyć i ubrać w ciepłe ciuchy. Wróciła z urlopu zdrowa.

                                                      Plaża przy molo w Stepnicy

Rybacy sprzedawali nam po niezbyt wysokiej cenie ryby. Szczupaki, sandacze, okonie, płocie, leszcze. Przyrządzaliśmy je na miejscu. Nad morzem najlepiej jeść dary morza!

Sympatyczny kierownik bazy, przekazywał nam komunikaty pogodowe, podawane przez Radio Szczecin, dla obszaru zalewu i zespołu portów morskich. Wreszcie nadszedł moment, że otworzyło się dla nas okno pogodowe i ruszyliśmy w kierunku, najpierw przystani żeglarskiej w Trzebieży, z zamysłem, że jeśli pogoda pozwoli, popłyniemy dalej, przez główne ploso zalewu w kierunku portu w Wolinie. Kręciliśmy się nieopodal Trzebieży, nie mogąc podjąć decyzji, co do dalszej drogi. Pogoda się psuła, zaczął padać deszcz. Wiatr utrzymywał jednak swoją siłę, około 4 st.

Popatrzyłem na mapę, by zapamiętać szlak i minąwszy drugą bramę torową (dwie wieże ustawione na kształt bramy, w odległości zapewniającej widzenie ich przez lornetkę i radar) skręciłem na farwater do Wolina. Najpierw kierowałem się na widoczny z dala komin, po chwili jednak deszcz się wzmógł, wiatr także i komin skrył się za mgłą. Widziałem wodę wokół Kucyka w odległości jakichś dwustu metrów. Wiatr  nadal się wzmagał, by osiągnąć siedem stopni w skali Beauforta. Jak na Kucyka, to sztorm! Przyznam, że w zasadzie nie wiedziałem co robić. Utrzymywałem statek rufą do wiatru, który skutecznie popychał mnie w kierunku, w którym zmierzałem. Spienione fale przemykały, wyprzedzając Kucyka z sykiem, jakby szydząc z takiej małej "mydelniczki" Skupiłem się na prowadzeniu łodzi. Na szczęście zapamiętałem kurs i bacznie obserwowałem go teraz na busoli, pilnując, by zeń nie zboczyć. Moja połowica ma chorobę komunikacyjną, toteż przy takim zafalowaniu, zaczęła się dawać jej we znaki. Chorując sobie w kabinie, nad wiaderkiem do mycia pokładu, pojękiwała tylko. W pewnym momencie wypełzła na pokład i woła do mnie: Kotku, przybij już do brzegu! Ja na to: chętnie, powiedz do którego wolisz? Ula popatrzyła wokół i jęknęła z beznadzieją w głosie. W tym samym czasie, nasza córka bawiła się na podłodze, pod dinetką (stołem) swoimi zwierzakami, zachowując stoicki spokój i pełne zaufanie do moich umiejętności (dziwne, bo ja sam je właśnie utraciłem). Po chwili zauważyłem boję szlakową, znak, że płynę we właściwym kierunku. Pogoda dalej się psuła. Wiatr się wzmógł tak bardzo, że tent zaczął trzeszczeć w zaczepach i myślałem, że zostanie zdmuchnięty, ale po dłuższej chwili wiatr zelżał i zrobił to we właściwym momencie, bo musiałem w tym miejscu skręcić w prawo, jak prowadził szlak, by przejść przez podwodną skarpę. Na szczęście przejście było na tyle szerokie, że mogłem halsować, jak żaglówką, by nie stawiać burtą do fali. Kiedy przeszedłem skarpę, wiatr jeszcze osłabł do jakiejś piątki B.

 W tym miejscu podpłynął do nas kuter SAR z zapytaniem, czy czegoś nie potrzebujemy. Odpowiedziałem, że nie, całkiem dobrze się mamy. Po chwili dojrzałem kontury wiatraków w Wolinie. Wiedziałem już, że najgorsze mam za sobą.

Kiedy dopłynęliśmy do portu w Wolinie było około 15:00. Przycumowałem i poszedłem na stację benzynową po olej do silnika, bo jakoś tak dziwnie zaczął pachnieć olejem, a ja nie miałem zapasu na dolewkę. Kiedy wróciłem z zakupem, Ula ugotowała (czy raczej zagrzała, przygotowany wcześniej) obiad. Zasiedliśmy za stołem i stwierdziliśmy, że jeśli przeszliśmy przez coś takiego, to możemy uznać, że za nami i za Kucykiem poważny chrzest bojowy. Wtem otworzyły się niebiosa i lunęło. To było istne oberwanie chmury! Potoki wody lały się przez półtorej godziny, przesłaniając całkowicie świat. W kokpicie, mimo, że był skonstruowany taak, by woda odpływała natychmiast, przez cały czas trwania ulewy, utrzymywała się spora warstwa wody. Wreszcie deszcz ustał. Było późne popołudnie, a przed nami, równie rzadko zwodzony most drogowy na ważnej trasie do Świnoujścia. Zabrałem ze sobą miarkę i poszedłem sprawdzić, czy zmieścimy się pod stałym przęsłem. Mieliśmy pięć centymetrów zapasu, więc ostrożnie, tak jak w Podjuchach, przepłynąłem i kontynuowaliśmy rejs najpierw rzeką Dziwną (nazwa bierze się stąd, że rzeka ta nie ma ustalonego kierunku nurtu. Płynie ona raz do morza, raz od morza. Dziwne, dlatego rzeka Dziwna).

Na Zalewie Kamieńskim spotkaliśmy hauseboota, który płynął z Dziwnowa do Wolina, my zaś zmierzaliśmy do Kamienia Pomorskiego.
Po prawej burcie zostawiliśmy "Czarci Głaz" Olbrzymi kamień polodowcowy, od którego ponoć nosi nazwę Kamień Pomorski. Przed mami marina i nadzieja, bo nad mariną rozpięła się właśnie piękna tęcza, znak, że chyba przestanie już padać.
Niestety, wewnątrz portu nie było dla nas miejsca. Musieliśmy stanąć na zewnątrz, przy falochronie. Martwa fala niemiło kołysała jachtem. Odbijacze wydawały skrzypiący dźwięk. To wszystko powodowało, że nie mogliśmy zasnąć. Koło godziny 23:50 jakiś jacht wypłynął w kierunku Bornholmu, zwalniając miejsce wewnątrz portu. Przestawiliśmy Kucyka (choć byliśmy w piżamach) na nowe miejsce, gdzie już spokojnie mogliśmy spać do rana.

Co było dalej, opiszę w kolejnym poście. Zapraszam do czytania.