piątek, 24 marca 2017

Wygodnym baksztagiem~06 Jezioro Drawsko

Miałem wykupioną roczną prenumeratę miesięcznika Żagle. W tamtych czasach miesięcznik ten chwiał się trochę, musiał walczyć z konkurencją, jednak dzięki stałym czytelnikom, obronił swoją pozycję na rynku i szczęśliwie funkcjonuje do dziś. Znalazłem więc w Żaglach informację o czarterze jachtów na jeziorze Drawsko. Informacja zawierała opis jeziora i okolicy. Taki fajny artykuł. Poczytałem i nabrałem chęci na eksplorację tego akwenu. Skontaktowałem się więc z resztą naszej stałej ekipy i po uzyskaniu aprobaty zadzwoniłem do pana Jerzego G, właściciela firmy czarterującej jachty. Zaproponował nam łódź Mak 707. Widzieliśmy takiego Maka w Augustowie. Obszerna, przy tym dość lekka.  Dobrze wytrymowana, pięknie chodziła do wiatru. Przyjęliśmy warunki wynajmu. Zawarliśmy umowę na dwa tygodnie i zapłaciwszy zaliczkę, oczekiwaliśmy na nadejście urlopu.

Czerwcowy termin, to nasz zwyczaj. Problem polegał wyłącznie na tym, żeby trafić na pogodę. Tym razem się udało. Wprawdzie podróż odbyliśmy w deszczu, ształowanie, przy całkowitym zachmurzeniu, ale gdy wyszliśmy na jezioro, pogoda polepszyła się nieco. Gdy dotarliśmy na miejsce pierwszego postoju, było już całkiem ładnie. Piękna pogoda towarzyszyła nam aż do ostatniego dnia urlopu.

Drawsko. Postój przy dzikim brzegu.

Kiedy przejmowaliśmy łódź od właściciela, były zwyczajowe instruktarze, wpłata kaucji i taka zwykła rozmowa. Pochwaliliśmy się naszymi eksploracjami jezior i na pytanie, które z nich najbardziej przypadło nam do gustu, jednogłośnie stwierdziliśmy, że Jeziorak. Pan Jerzy pokiwał głową i powiedział: Po tym urlopie zmienicie zdanie. Nasze jezioro przebije wszystkie dotychczasowe.

Popłynęliśmy zatem zweryfikować sąd pana Jerzego. Najpierw oswajaliśmy się z jachtem. Zrobiliśmy kilka zwrotów, przybiliśmy do boi, żeby poznać właściwości nutyczne naszego pływającego domku i uznawszy, że wszystko jest w najlepszym porządku, popłynęliśmy ku przygodzie. Pierwszy postój wypadł nam w miejscu, które nie bardzo nadawało się na biwak. Było zarośnięte krzaczyskami, ale zbytnio nam to nie przeszkadzało, bowiem całą uwagę skierowaliśmy na urządzenie wnętrza, tak, żeby wiedzieć gdzie co mamy i żeby było nam przez nadchodzące dwa tygodnie wygodnie. Łódź miała zaskakująco dużo miejsca. Wydzielone były dwie kabiny - dziobowa, którą zająłem z Ulą, oraz salon, messa, kambuz i sypialnia w jednym - tu urządzali się Marek i Marta.

Ciepłe wnętrze MANTY

Salon sprawiał wrażenie "ciepłego". Drewniana boazeria, dębowa szafka-barek, elegancki plafon i nawet drewniany, stylizowany na kolumnę pilers sprawiały, że wnętrze wydało nam się przytulne.

Rano stwierdziliśmy usterkę, której wcześniej nie dało się zauważyć. Gdzieś na połączeniu skrzynki mieczowej i dna, łódź lekko przeciekała. Woda sączyła się przez jakąś drobną szczelinę, jednak nie na tyle, żeby groziło nam zalanie. Przez noc wybraliśmy z najniższego punktu (pod gretingami) może z pół wiaderka wody. Jednocześnie stwierdziliśmy, że w butli zabrakło gazu. Właściciel zapewniał nas, że dowiezie gaz w dowolne miejsce naszego pobytu, jeśli go tym zawiadomimy. Stanęliśmy przy pomoście w Starym Drawsku. Bosman bardzo miły. Oświadczył, że ma układ z Panem Jerzym, i postój jego łodzi, jeśli odbywa się w ciągu dnia (bez noclegu) jest za darmo a za nocleg mamy 15% upustu.
Postanowiliśmy zatrzymać się na noc i zwiedzić przedtem miejscowość.

Właściciel Manty, zgodnie z obietnicą, niebawem pojawił się na pomoście z pełną butlą gazu. Na wiadomość o przeciekającej skrzynce, zareagował zdziwieniem. Myślę, że wiedział o sączącej się wodzie, ale nie był zbyt dociekliwy, żeby ustalić miejsce przecieku. Nam się to udało. Do końca urlopu, każdy ranek zaczynaliśmy od rytualnego wybierania wody. Nie była to rzecz uciążliwa, choć, jak się okazuje, obeszła nas na tyle, że zapamiętaliśmy ten fakt na dłużej.

Pogodne niebo nad j. Drawsko

Stare Drawsko okazało ciekawsze od Czaplinka, głównej miejscowości leżącej nad jeziorem. Historia "kapała" tu z każdego kąta. Zwiedziliśmy ruiny zamku, które w znacznym stopniu pobudziły naszą wyobraźnię, udaliśmy się też do miejscowej tawerny, gdzie na miejscu wędzono świeże ryby. Zamówiliśmy piwo a na zakąskę wędzonego węgorza. Niesamowicie smakowity zestaw. Ponieważ łódź pozostawała pod troskliwą opieką bosmana przystani, mogliśmy sobie pozwolić na zwiedzanie okolicy. Poszliśmy więc na sąsiadujące tylko przez wąski przesmyk z jeziorem Drawsko, jezioro Żerdno, zwane przez miejscowych Srebrnym. Rzeczywiście, przy odpowiednim oświetleniu, jezioro połyskiwało srebrną taflą, sprawiając wrażenie, jakby rzeczywiście miało w sobie nie wodę a wspomniany kruszec. Wróciliśmy do naszego ośrodka "Aquarius", gdzie stała łódź. Nie mieliśmy już ochoty na nic. Nawet kolacji już nie jedliśmy. Starczyły nam zjedzone wcześniej węgorze. Sen nadszedł szybko i był twardy. Gościnny pomost przystani gwarantował nam bezpieczeństwo, toteż mogliśmy sobie pozwolić na luksus niczym nie zakłóconego, krzepiącego snu.

Ranek powitał nas pięknym słonkiem. Zaraz też, uiściwszy należność w kasie przystani, udaliśmy się w nasz rejs. Popłynęliśmy do zatoki Rzepowskiej, z której uchodziła rzeka Drawa. Oczywiście, przy wejściu w rzekę umieszczono tablicę informującą, że jest to ulubiony szlak papieża Jana Pawła II, który kilkakrotnie, jeszcze będąc biskupem Wojtyłą, przemierzał ten szlak w kajaku. Stanęliśmy więc nieopodal, licząc na spotkanie kajakarzy. Tego dnia nikt tędy nie płynął. Za to marek miał używanie. Wszystkie sąsiednie stanowiska wędkarskie były puste. Tego wieczoru jedliśmy okonie i płocie. Niestety, dopychający wiatr, targał nieco łodzią, więc do późnego wieczoru, nie mieliśmy spokoju. Za to kolejny dzień był już spokojniejszy. Wiatr nieco zmienił kierunek. Mogliśmy spokojnie odejść od brzegu i udać się w kierunku wyspy Bielawy. Jest to bardzo duża, zamieszkała wyspa, chyba piąta co do wielkości wyspa jeziorna w Polsce. Napisałem, że zamieszkała, bo istniało na niej gospodarstwo rolne, wraz z zabudowaniami. Zmieścił się tu także rezerwat przyrody, który można zwiedzać, idąc ścieżką edukacyjną, bądź obserwować przyrodę ze specjalnie wybudowanej platformy widokowej. Ten około 80 hektarowy skrawek lądu zgodnie zamieszkują sarny, dziki, bieliki i inne zwierzęta.

Bielawa - platforma widokowa

Przystanek na ścieżce edukacyjnej

Jest tu też miejsce na wygodny postój "na dziko" Pomost przy najbardziej na północ wysuniętym cyplu, gdzie wygodnie można przycumować, a na sąsiadującej z pomostem polanie wydzielono miejsce na ognisko, przy nim wygodne siedzenia, oraz stół, przy którym można zjeść posiłek. Skorzystaliśmy z tych udogodnień i zatrzymaliśmy się na postój. Nie wiem, czy to specyfika miejsca, czy może faza księżyca były przyczyną zerowego efektu połowów. Szwagier stracił czas, zanętę i kilka wypalonych z nerwów papierosów. Bez jakichkolwiek efektów. Kolejny dzień, też spędziliśmy bardzo lajtowo. Opłynęliśmy wyspę. Kiedy będąc przy południowym krańcu Bielawy spojrzeliśmy w kierunku Czaplinka, zobaczyliśmy bezkresną toń jeziora a na końcu bielejący pojedyńczy żagiel. Był czerwcowy, powszedni dzień. Mieliśmy wrażenie, jakbyśmy byli na jeziorze sami. Tylko my i Drawsko!

Jezioro ma bardzo rozwiniętą linię brzegową. Liczne zatoki i wyspy, zachęcają do penetracji. Dzisiejszego ranka przyszła kolej na zatokę Uraz. Z dość głęboko wrzynającą się w ląd zatoką, sąsiadowała miejscowość Uraz, oraz wieś Warniłęg. Typowe pruskie zabudowania z czerwonej cegły, wąska, ale asfaltowa droga pozwalały na dość wygodną dla piechura wędrówkę do sklepu. Ula z bratem pozostali na wachcie przy łodzi, a ja z Martą, zabrawszy plecaki, udaliśmy się do wsi po prowiant. Kiedy wracaliśmy, zatrzymaliśmy się na chwilę na górującej nad taflą jeziora skarpie, by podziwiać przepiękny widok z jeziorem w roli głównej. Żałowałem, że nie miałem ze sobą aparatu. Widok był , jak z folderu reklamowego. Kiedy wróciliśmy, łódź była pięknie wysprzątana, a na stole stała zastawa z obiadem. Celebrowaliśmy ten obiad do późnego wieczoru.

Posiłek na Mancie
Kontynuowany do późnego wieczoru
... i nocnymi Polaków rozmowami

Kolejny dzień mieliśmy spędzić w tym samym miejscu. Przemieściliśmy się tylko nieco, bo Marek upatrzył sobie stanowisko do wędkowania. Został więc przy łodzi, a pozostała trójka poszła zwiedzać okolicę. Wszyscy otrzymali to, czego oczekiwali: Szwagier nałowił, my naoglądaliśmy się pięknych widoków.

Efekty połowu.

Kolacja, do dary natury. Były rybki i grzybki, które zebraliśmy po drodze.
Nazajutrz postanowiliśmy spenetrować najdalej na północ wysunięty kraniec jeziora. Wpłynęliśmy więc w zatokę Kluczewską. Przeciwny wiatr kazał nam halsować, ale może dzięki temu dość dokładnie obejrzeliśmy brzegi. Prawy był zalesiony, zaś na lewym występowały liczne pomosty ośrodków wypoczynkowych a także wędkarskie. Wreszcie oczom naszym ukazała się linia energetyczna, przebiegająca nad taflą jeziora. Na szczęście słupy stały na wzniesieniach i przewody przebiegały bardzo wysoko. Nie musieliśmy kłaść masztu, żeby pod linią przepłynąć. Zaraz też zatoka kończyła się. Stanęliśmy przy zachodnim, zalesionym brzegu, gdzie las sąsiadował z rozległym polem ornym, wzdłuż którego prowadziła ścieżka. Dokąd ona wiedzie? nasunęło nam się pytanie. Poszliśmy sprawdzić. Doszliśmy do typowej popegeerowskiej wsi, z dwukondygnacyjnymi "blokami" i jednym marnym sklepikiem. Grabinek, tak nazywała się miejscowość. Sam PGR, choć już opuszczony, wydawał się całkiem, całkiem. 

Tu przyszła na nas refleksja: Czemu podczas transformacji ustrojowej na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, nie zadbano o interesy  grupy społecznej, licznych przecież robotników rolnych, zatrudnionych w byłych PGR-ach i Spółdzielniach Rolniczych. Byli to ludzie prawie wcale nie wykształceni, lub słabo wykształceni w zawodach ukierunkowanych na rolnictwo. Po upadku socjalizmu zostali, jak to się mówi "z ręką w nocniku".
Wprawdzie mieli gdzie mieszkać, bo pozostawiono im mieszkania w niszczejących "blokach", ale nędzne zasiłki, które otrzymali,  nie pozwalały na godne życie. Górnicy potrafili upomnieć się o swoje prawa, ci ludzie nie. Może ze względu na ich znaczne rozproszenie, na brak organizacji związkowej, wreszcie może na brak zrozumienia tego, co się dzieje...

Wracając, płynęliśmy wzdłuż wschodniego brzegu jeziora. Zachodni mieliśmy już z grubsza opłynięty, ale stanęliśmy na wysokości Bielawy, tym razem w leśnej dziczy w okolicy miejscowości Mącidół. Nazajutrz włóczyliśmy się po Drahimskim plosie, by wreszcie przybić do pomostu w budowie, przy południowym cyplu wyspy. Nadchodził wieczór. Wiatr dopychał do pomostu, rzuciliśmy więc wcześniej kotwicę i na długiej linie podeszliśmy dziobem do pomostu. Wczesnym rankiem wstałem, by zza płotu popatrzeć na gospodarstwo rolne na Bielawie, a moim oczom ukazał się siedzący na żerdzi ogrodzenia bielik. Ptaki te miały gniazdo na ogromnym drzewie (chyba to była lipa), górującym nad okolicą. Gospodarstwo - typowy dom z czerwonej cegły i takaż stodoła. Wróciłem na łódź. Śniadanie, a tu nadpłynęła motorówka a w niej panowie budujący pomost. 

Pomost w budowie

Dowiedzieliśmy się, że będzie tu przybijał stateczek o obiecującej nazwie "EUROPA", pływający z Czaplinka.

Postanowiliśmy odbić. Postawiliśmy żagle i wybieramy line kotwiczną, gdy nagle STOP! Kotwica nie daje się wyrwać z dna! Próbujemy przez kabestan we dwóch, nic z tego! Marek rozebrał się, założył okulary do nurkowania i wskoczył do wody. Po linie dotarł do dna i stwierdził, że nasza kotwica zagrzebana jest w mule. Już mieliśmy zamiar odcinać ten ciężar, gdy przyszedł nam z pomocą jeden z panów budujących pomost. Poradził, żeby obłożyć kabestan i przejść na przeciwną burtę, kołysząc jednocześnie łodzią. Po kilku próbach, kotwica puściła. Zdobyliśmy kolejne doświadczenie. Do dziś jestem wdzięczny temu panu, za dobrą radę.

Tym razem stanęliśmy przy pomoście Aquariusa w Starym Drawsku, jeszcze przed południem. Naszym celem był sklep, tu ze szwagrem zaopatrzyliśmy się w piwo, potem była tawerna z jej wspaniałymi, świeżo wędzonymi rybami. Dziś daliśmy się namówić na sielawę. Cóż to za smaczna ryba! Najedliśmy się "po pachy" i jeszcze kupiliśmy trochę na wynos.
Kolejny dzień, to rejs w stronę Czaplinka. Na mapie widać było zatokę Pięciu Pomostów. Pomosty? Jakieś nędzne po nich resztki! Przy jednych takich resztkach pomostu przycupnęliśmy, modląc się w duchu, żeby wiatr nie zmienił kierunku. Udało się. Kolejny dzień. Obraliśmy kurs na pomost MOSW w Czaplinku. Popłynęliśmy tam, by zrobić zakupy na ostatni dzień pobytu i na powrót do domu, gdyż czekały na nas lodówki wypełnione jedynie światłem.

Obserwowaliśmy przez chwilę kursantów przybijających i odbijających od pomostu, potem wysłuchaliśmy miejscowych legend o tym, jak pewnej nocy zapadła się ziemia pod garnizonem wojskowym, pochłaniając cały pułk wojska. Ponoć miał to być gigantyczny lej krasowy, który następnie zalały wody jeziora. Powstała w ten sposób spora zatoka. Inna legenda mówi o zatopionym miniaturowym okręcie podwodnym. Podanie mówi, że w miejscowym (obecnym) LO w Czaplinku była ponoć szkoła dla kadetów ( napiszę fonetycznie) Krigsmarine, których szkolono właśnie na miniaturowych, dwuosobowych łodziach podwodnych. Ile w tych opowieściach prawdy? Nikt nie wie.

Pan Jerzy korzystał z pomostu pola namiotowego "U Jacka". Z MOSW w Czaplinku, to "żabi skok". Wróciliśmy około 17.00, jak wcześniej było umówione.
Również tym razem udało nam się odzyskać całą kaucję, gdyż jak zwykle wysprzątaliśmy do lśnienia łódź, no i udało nam się zwrócić ją z kompletnym wyposażeniem, także z kotwicą, z którą już wcześniej zgodziliśmy się pożegnać.

Panu Jerzemu przyznaliśmy, że Drawsko jest chyba najpiękniejszym jeziorem, po którym pływaliśmy. Charakterystyczne jest to, że każda zatoka ma odmienny charakter, jakby była odrębnym jeziorem. Umówiliśmy się, że w przyszłości jeszcze raz wynajmiemy tutaj jacht.

Czarter się zakończył, ale nie urlop. Postanowiliśmy skorzystać z okazji, że jesteśmy blisko i wyskoczyliśmy na flądrę, do Łeby.

Flądra nie przypadła mi jakoś do gustu, także Łeba. Wprawdzie próbowano mi wmówić, że jest to Księstwo Łeby, ale uznałem, to za tani chwyt marketingowy.
Kicz, tłok i zdzieranie kasy na naiwności turystów, ale świadomie daliśmy się naciągać. Nawet jedliśmy gofry z bitą śmietaną.

 Łeba. Tu można wszystko!

Pojechaliśmy takim stylizowanym pociągiem (dwa wagoniki ciągnięte przez niby lokomotywę) do Słowińskiego Parku Narodowego. Robi wrażenie! Położony na wąskim przesmyku pomiędzy Bałtykiem a jeziorem Łebsko, potrafi zafascynować urokiem wędrujących wydm, pięknymi widokami, które podziwiać można ze specjalnie wybudowanych platform widokowych.

Zaborcza wydma pochłania las.

Na szczycie wydmy. Jest olbrzymia!

 Widok z wydmy na Bałtyk

Z wydm przemieściliśmy się do Peneminde, gdzie hitlerowcy  testowali rakiety V1 i V2. Wprawdzie nigdy specjalnie nie interesowałem się militariami, ale to trochę historii.  Hitlerowska baza rakietowa, zrobiła na mnie wrażenie.

Punkt widokowy.

Wróciliśmy do Łeby. Został nam jeden punkt programu. Plaża. Nie mieliśmy ochoty wylegiwać się na niej, ale postanowiliśmy choć pomoczyć w słonej, morskiej wodzie nogi.

Łeba - plaża.

Moczymy nogi w morzu.

Potem przeszliśmy do portu. Tam namawiano nas usilnie na rejsik kutrem w celu łowienia dorszy. Marek napalił się na tę eskapadę, ale musielibyśmy spędzić na kutrze noc, a czas naglił. Trzeba nam było wracać do domu. Wybraliśmy więc opcje zastępczą: krótką wycieczkę kutrem po Bałtyku, bez połowu dorszy. Wilk został nakarmiony i owca pozostała cała. Do domu wróciliśmy wypoczęci i nasyceni widokami Pomorskich jezior i samego morza, a także Słowińskiego Parku Narodowego. Był to piękny urlop!




wtorek, 7 marca 2017

Wygodnym baksztagiem~05 Jezioro Sławskie 1994


Mazury nie wywarły na nas oczekiwanego wrażenia. Wprost przeciwnie. Zapamiętaliśmy zapaskudzone brzegi, wszechobecną arogancję i chęć wyzyskania turysty przez każdego, kto tylko mógł. Rzadko spotykaliśmy tam przejawy tak oczekiwanej przez nas kultury żeglarskiej, w zamian za to widzieliśmy butny szpan. Nie powinno się generalizować, toteż dodam, że spotkaliśmy wiele miłych i kulturalnych osób, ale piszę tu o ogólnych wrażeniach, jakie pozostały nam po spędzonych na WJM trzech tygodniach urlopu. Do tego trzeba dodać niesprzyjającą pogodę, no i te koszmarnie nieprzygotowane do wynajmu łodzie. Jednym słowem, mieliśmy na razie dość tych Mazur. Marek z Martą w tym roku postanowili urlop spędzić na wczasach, więc nie pozostało nam nic innego, jak poszukać sobie jakiegoś miejsca na odpoczynek w pobliżu domu. Kolejny urlop spędziliśmy więc, na jeziorze Sławskim.

Jezioro to rozciąga się w linii (z grubsza biorąc) wschód – zachód. Korzystnie dla żeglarzy, bowiem w tym regionie, latem właśnie zgodnie z osią jeziora wieją wiatry. Długość akwenu dochodzi do dziesięciu kilometrów, a jego szerokość osiąga około dwóch kilometrów. Jezioro ma rozwiniętą linię brzegową Liczne zatoki, zatoczki i wyspy, które stanowią o jego atrakcyjności. Niestety wody tego zbiornika nie są zbyt czyste. Mieszczą się w klasie czystości – III, ale ryby w nim żyją i to całkiem spore!

Nad jeziorem ulokowały się liczne ośrodki wczasowe i wypoczynkowe oraz przystanie i pomosty żeglarskie. Do największych z nich należą Przystań LKŻ ( Lubuskiego Klubu Żeglarskiego), LOK ( Ligi Obrony Kraju) w Sławie, oraz Marina Chalkos w zatoce, a jakże - Chalkoskiej, nieopodal miejscowości Lubiatów.

Wiosną tego roku kupiliśmy sobie przyczepkę campingową. Niewielka przyczepka, bez toalety i innych tego rodzaju wygód, którymi dysponują współczesne przyczepy. No cóż, ta nabyta przez nas, była NRD-owską odpowiedzią na nasz przyczepkowy hit z Niewiadowa. Uznaliśmy jednak, że choć ciasna, ale własna i znacznie jednak wygodniejsza od namiotu. Nasi przyjaciele – Jola i Ignacy poprosili nas o użyczenie przyczepki na kilka dni, bowiem ich starsza córka uczyła się do jakiegoś ważnego egzaminu i chcieli dać jej nieskrępowany spokój. Wcześniej nieoceniony Jurek, znany czytelnikom z kajakowej części bloga, poznał nas z wówczas jeszcze bosmanem klubu Chalkos, panem W. Pan ten był szczęśliwym posiadaczem własnej, zadbanej, choć bardzo skromnie ( powiedziałbym, w wersji podstawowej) wyposażonej łodzi. Była to znana nam z Jezioraka łódź typu El Bimbo. Wyposażenie hotelowe uzupełniliśmy we własnym zakresie, natomiast takielunek i wyposażenie ratunkowe, było wystarczające i zgodne z obowiązującymi wówczas przepisami. Jacht stał się naszą „własnością” na dziesięć dni. Wcześniej jednak, ustawiliśmy naszą przyczepkę na leśnym polu biwakowym między Lubiatowem a Lubogoszczą. Weekend spędzić mieliśmy w przyczepie, oczekując na przyjazd Joli, Ignaca i Moniki. Ich druga, młodsza córka wybierała się właśnie na spływ kajakowy, który brał początek w Sławie, w piątek następnego tygodnia, a więc w czasie, kiedy pływaliśmy już wynajętym jachtem. Wszystko się jakoś tak fajnie poukładało.

Przyjechaliśmy więc samochodem z przyczepką na wspomniane już wcześniej miejsce biwakowania, ustawiliśmy się i zainstalowali tak, by było wygodnie stać przez dwa tygodnie. Potem, stwierdziwszy, że jest właśnie pierwszy tegoroczny wysyp grzybów, udaliśmy się do lasu na grzybobranie. Szybko uzbieraliśmy ich tyle, że starczyło na smaczny obiad. Należało dogotować tylko nieco ziemniaków…


Ula przed naszą przyczepą

Zaraz też spotkała mnie niezwykła przygoda. Szedłem sobie ścieżką wzdłuż jeziora w kierunku Chalkosu, żeby przynieść wodę pitną, kiedy w połowie drogi spotkałem mojego przyjaciela Edka, który kilka lat wcześniej wyemigrował do Kanady. Jakież było moje zdziwienie, kiedy dowiedziałem się, że właśnie mnie szukał. Znalazł i oznajmił, że bardzo się cieszy. Padliśmy sobie w objęcia i szczerze się ciesząc, podskakiwaliśmy przez chwilę. Zapytałem: Jak mnie tu, w tej głuszy znalazłeś? Odpowiedział, że wpadł do mojego „kawalerskiego” domu i tam od mojej mamy dowiedział się, że jestem nad jeziorem Sławskim i chcę wynająć łódź w Chalkosie. Tam bosman potwierdził fakt wynajęcia jachtu i poradził, żeby udał się ścieżką wzdłuż północnego brzegu jeziora, gdzie u wlotu do zatoki jest pole biwakowe, na którym prawdopodobnie jestem. Świat jest mały! Za chwilę wracaliśmy już z wodą. Ula w tym czasie przygotowała grzybkowy obiad, w sam raz dla Edka, który uwielbiał wprost grzyby.

  Edek

Grzybkowy obiad z przyjacielem

 
Edek przyjechał do Polski służbowo. Skorzystał więc z okazji, żeby się ze mną spotkać. Został z nami w przyczepie. Prawie całą noc przegadaliśmy, a wierzcie mi, było o czym! Rano Edek pojechał załatwiać swoje sprawy. Obiecał, że jeszcze w tym roku, jesienią przyjedzie do nas, do domu, na dwa, trzy dni. Wywiązał się z obietnicy. Wymieniliśmy się wówczas adresami, numerami telefonów ( mieliśmy ten sam od lat, tylko, że właśnie odbywała się reforma telefonizacji i wciąż dodawano kolejne cyferki do numerów). Rozwijający się internet pozwalał też na szybszy i sprawniejszy kontakt za pomocą e-mail. Korzystaliśmy w pełni z tych udogodnień. Mój przyjaciel bywał często gościem w „starym kraju” i za każdym razem nie omieszkał nas odwiedzić. Wreszcie obiecał przyjechać ze swoją najmłodszą, teraz już szesnastoletnią córką, na tydzień. Ola wyjechała z kraju jako malutkie dziecko, nie bardzo mówiące w jakimkolwiek języku, więc naturalne, że jej pierwszym ( i jedynym) językiem stał się angielski. Oboje z żoną odczuwaliśmy pewien rodzaj tremy, bo mieliśmy gościć anglojęzyczną nastolatkę. Jednak bardzo cieszyliśmy się na ich przyjazd. Nagle, na krótko przed planowanymi odwiedzinami, kontakt z Edkiem się urwał. Nie mogłem skontaktować się z nim za pomocą żadnego z uzgodnionych sposobów. Zachodziłem w głowę, czy może czymś go obraziłem? Analizowałem pośród bezsennych nocy wszystkie swoje wypowiedzi i nie mogąc znaleźć niczego, co by było choć w najmniejszym stopniu kontrowersyjne, wreszcie odpuściłem, choć było mi bardzo, bardzo przykro.

Minęło sześć lat od tego momentu. Spotkałem w Zielonej Górze byłego szwagra Edka. Spytałem o niego. Otrzymałem informację, której nikt by nie chciał otrzymać.
- To ty nic nie wiesz?
- … No nie wiem, a co mam wiedzieć?
- Edek od sześciu lat nie żyje!
Ugięły się pode mną nogi. W ustach zaschło w oczach pociemniało. Ta wiadomość kompletnie mnie rozbiła.
- Jak to nie żyje, wyjąkałem wreszcie.
- Grał w tenisa. Zawał dopadł go na korcie. Był bardzo rozległy. Edek nie przeżył, choć otrzymał natychmiastową pomoc medyczną.

Myślę, że Ola powinna mnie jakoś powiadomić, ale zapewne sama była w szoku i nie w głowie jej było kontaktować się z przyjaciółmi ojca.

Nie mogłem już niczego zrobić dla przyjaciela. Niech więc te kilka słów będzie hołdem dla jego pamięci.

Wróćmy jednak do naszego urlopu. W tamtym czasie, GPS nie był jeszcze rozpowszechniony, nawet zwykłe, papierowe mapy nie były łatwo dostępne. To pozostałość po Układzie Warszawskim, w którym posiadanie mapy terenu w niewielkiej skali, było czymś bardzo podejrzanym. Na szczęście były już kolorowe kserografy. Złożyłem więc dwie niezależne mapy i powstała jedna, na której było całe jezioro i trochę przyległego terenu.

Mapa jeziora Sławskiego, złożona z dwóch niezależnych map o tej samej skali.

 
W niedzielę rano poszliśmy z Ulą do pana W, po łódź. Przepłynęliśmy nią na biwakowisko i zacumowaliśmy w sąsiedztwie przyczepy. Po południu nadjechali Jola, i Ignacy. Przejęli przyczepę. Nastał ciepły, letni wieczór. Spędziliśmy miło czas, niestety przy sztucznym świetle, bo ogniska w tym miejscu nie wolno było rozpalać. W poniedziałek, około godziny jedenastej, popłynęliśmy na nasz urlop we dwoje.

Pływaliśmy cały dzień po jeziorze. Było wietrznie, ale pogodnie. Nie mieliśmy żadnego celu. Robiliśmy to dla czystej przyjemności. Łódź była doskonale wytrymowana, więc żeglowanie sprawiało nam wiele frajdy. Pod wieczór popłynęliśmy na miejsce, które znaliśmy z wcześniejszych pobytów (na Conradzie). Zmieniło się. Pomost wędkarski, który w tym miejscu zawsze był, legł w ruinie. Południowe brzegi jeziora są płytkie, a El Bimbo ma spore zanurzenie. Pomost dałby nam możliwość wychodzenia na ląd suchą nogą. Powyciągałem na brzeg wszystkie żerdzie, które leżały na dnie z postanowieniem odbudowania pomostu. Rano celem naszym stała się Sława. Popłynęliśmy tam, żeby kupić jakieś narzędzia i gwoździe. Wróciliśmy z zakupami na miejsce i zaczęliśmy budowę. Budowałem dwa dni. Nie było to arcydzieło sztuki ciesielskiej, ale wreszcie mogliśmy wychodzić na ląd bez brodzenia po kolana w wodzie. 

 
El Bimbo przy „nowym” pomoście.

 
Ciekawostką może być fakt, że podczas naszej pracy byliśmy bacznie obserwowani przez wędkarzy, którzy chętnie skorzystali z naszego pomostu, kiedy tylko odpłynęliśmy, ale muszę przyznać, że zaskoczyli nas tym, że bez proszenia, zeszli zeń, widząc z daleka, że nadpływamy. Dedukowali, że po naszym urlopie, pomost i tak przejdzie w ich niepodzielne władanie, a tymczasem nie będą nam przeszkadzać.

Trafiła nam się piękna pogoda. W dzień pływaliśmy, a to do Chalkosu, po wodę, a to do Lubiatowa, czy sławy, po zakupy żywności, wreszcie po jeziorze, ot tak sobie, dla przyjemności. Na noc wracaliśmy na nasze miejsce i cumowaliśmy do pomostu. Wyrzucałem z rufy dwie wędki. O trzeciej nad ranem wychodziłem do kokpitu i zdejmowałem z obu haczyków węgorza. Jedliśmy je codziennie, aż wreszcie dopadły nas mdłości. Węgorz jest tłustą rybą, więc nic dziwnego, że po tygodniu kompletnie nam obrzydł. Od tego momentu łowiliśmy już tylko na ciasto. Brały krąpie i płocie.

 
Ula nawet w polowych warunkach potrafiła sporządzić wyśmienity obiad. 

Widok w kierunku Sławy.

Chodziłem rano na swoje treningi (około godziny marszobiegiem). Tutejszy las zachęcał do takich wędrówek. Dukty, choć piaszczyste, pozwalały na szybki marsz, a leśne powietrze przesycone olejkami żywicznymi napełniały balsamem moje płuca. Ula zaczytywała się w romansach, ja w powieściach S.F. Woda była ciepła. Wygrabiłem dno i mieliśmy wspaniałe zejście do wody. Kąpaliśmy się najczęściej, jak tylko było można.

 Południowa kąpiel.

Przedwieczorna kąpiel.

 
Jak wcześniej wspominałem, z campingu w Sławie, w nadchodzący piątek, miał wyruszyć spływ kajakowy, którego komandorem był jak zwykle Rysio. Ola, młodsza córka naszych przyjaciół K. płynęła w kajaku właśnie z Rysiem.

Uroczystość rozpoczęcia spływu zbiegła się  z jakimś lokalnym świętem Sławy. Na terenie ośrodka zorganizowano zabawę. Stanęliśmy na mieczu, w pewnej odległości od brzegu, zamknęliśmy zejściówkę i udaliśmy się na tańce. Trwały prawie do rana.

 W Sławie - postój na mieczu.

Rodzina K. z Ulą na jachcie.

 
Rano, kiedy spływ ruszył w kierunku Lubiatowa, ruszyliśmy i my. Wiało niezbyt mocno i akurat od rufy, więc wzięliśmy dwa kajaki ( w tym Rysia z Olą) na hol i tak podciągnęliśmy ich aż za wyspę, gdzie nasze drogi rozchodziły się.

 
Kajaki na holu.

 
Popłynęliśmy do naszego pomostu. Została nam już ostatnia noc na jachcie. W niedzielę, około południa oddaliśmy wypucowaną łódź właścicielowi. Potem chętnie jeszcze nam ją wypożyczał na krótkie, kilkugodzinne pływania.

Niechcący zetknęły się moje pasje – kajakowa i żeglarska. Wróciliśmy do domu bardzo wypoczęci i szczęśliwi. Było tyle pozytywnych wrażeń!

czwartek, 23 lutego 2017

Rocznica blogowania

Szanowni czytelnicy mojego bloga!
Jestem Wam bardzo wdzięczny za wyrozumiałość. Przez miniony rok, starałem się dotrzymywać obietnicy- zamieszczania w każdy piątek nowego posta. Niestety, w dwóch przypadkach nie udało mi się dotrzymać tej obietnicy. Tak jest właśnie w ostatnim czasie. Zapadłem nieco na zdrowiu i musiałem poddać się leczeniu. Wszystko idzie w dobrym kierunku i mam nadzieję niedługo zamieścić kolejny post z cyklu "Wygodnym baksztagiem". Rzecz się będzie działa na j. Sławskim. Przepraszam wszystkich zawiedzionych i dziękuję wiernym czytelnikom za wytrwałość i dowody sympatii. Pozdrawiam wszystkich moich P.T. Czytelników
Adam

piątek, 3 lutego 2017

Wygodnym baksztagiem~04 Mazury - cz.3.


Nazajutrz wyruszyliśmy na tak zwany Łabędzi szlak. Zaczynał się od małej przystani w zatoce Zimny Kąt. Nocleg w tym miejscu byłby nawet przyjemny, gdyby nie zaczęły się nam dawać we znaki bolączki Mazur. Śmietniki były pełne. Nikt ich nie opróżniał na czas, toteż wokół leżały porozrzucane śmieci. Toy-Toye, śmierdziały na odległość, więc ludzie chodzili w krzaki. My mieliśmy saperki, ale większość żeglarzy nie fatygowała się z zakopywaniem własnych ekskrementów. Trzeba było mocno uważać, żeby w coś nie wdepnąć. Płynięcie „Łabędzim szlakiem zrekompensowało przykre wrażenia z noclegu w Zimnym Kącie. Zaplanowaliśmy kolejny postój. To mała marina, usytuowana tuż za mostem obrotowym w Giżycku. Musieliśmy tam popłynąć, bo zostały nam już resztki paliwa i skończyły się zapasy żywności. Zorza znów na sznurku! 

 Kanał Giżycki

 

Płyniemy sobie kanałem Giżyckim i w samym centrum, jeszcze przed mostem widzimy wybetonowaną zatokę, a na jej środku wielki znak „P” Ucieszyliśmy się, bo stąd było blisko do miasta i nie trzeba było czekać na otwarcie mostu. Okazało się, że zastawiono na nas klasyczną pułapkę. Wielkie „P” a pod nim mała tabliczka z napisem „Dotyczy statków żeglugi Mazurskiej”. Tabliczki już nie zauważyliśmy, zaślepieni radością, że trafiła nam się okazja w postaci nie zajętej zatoki. Stanęliśmy. Jeszcze nie zdążyliśmy zamknąć łodzi, kiedy pojawili się inspektorzy żeglugi śródlądowej. Wlepili nam po mandacie za cumowanie w niedozwolonym miejscu. Byli głusi na nasze tłumaczenia i sugestie, że powinni ustawić tu znak zakazu cumowania z tabliczką, że nie dotyczy statków Żeglugi Mazurskiej, wtedy nikt by się nie pomylił. Widać było jednak, że właśnie na takich nowicjuszy jak my polowali inspektorzy. Ogólne wrażenie z rejsu szlakiem łabędzim prysło jak bańka mydlana. Pomstując na naszych „oprawców”, przemieściliśmy się za most obrotowy, do maleńkiej mariny, gdzie wcześniej planowaliśmy się zatrzymać. Zostaliśmy tam godzinę, by zrobić zaopatrzenie, po czym wróciliśmy na przystań Almaturu na Kisajnie, bo było tam luźniej niż w Giżycku.

Giżycko. Na małej przystani

 
Było bardzo przyjemnie. Poznaliśmy tam bardzo miłych ludzi, z którymi, przy grillu spędziliśmy całą noc, przyśpiewując i gawędząc. Kolejny dzień to kolejny rejs Kanałem Giżyckim.
Tym razem zrobiliśmy sobie krótki postój w marinie turystycznej, po lewej stronie od wyjścia z kanału. Tu już szpan żeglarski. Tłok taki, że można było już stanąć tylko przy falochronach. 

Giżycko - przystań 

 
Bosman pozwolił, więc zamknęliśmy łodzie i poszliśmy na zakupy. Trwało to raptem ze dwie godziny.

 
Giżycko - zakupy


Bosman skasował nas za pół dnia. Hałas i durny szpan, tak nas zbrzydziły, że postanowiliśmy uciekać stąd jak najdalej!

Ignacy próbował wyjść na silniku, ale mimo że zapalił na pierwsze szarpnięcie, nie ciągnął. Okazało się, że podczas naszej nieobecności, ktoś ukradł śrubę. Bosman nie poczuwał się do odpowiedzialności. Ignacy wściekły, wyszedł z portu na żaglach. Ja na silniku. Postawiliśmy grota i płyniemy sobie powoli w fordewindzie (wietrze wiejącym od rufy). Bom wyrzucony na prawą stronę opierał się o wanty. Łódka spokojnie mknęła po Niegocinie, kiedy Ignacy zapodał, że chętnie jeszcze odwiedzi twierdzę i wzgórze Brunona w Giżycku. Zacząłem robić zwrot i skonstatowałem, że nie mam założonej talii! Chyba splot ostatnich wydarzeń: mandaty, kradzież śruby z silnika Zorzy tak mnie rozkojarzyły, że popełniłem  kardynalny błąd. Wyśmiały mnie obie załogi, a ja dotąd przełykam ten gorzki wstyd.

Noc spędziliśmy przy wzgórzu Brunona. Okazuje się, że w tym miejscu też cumuje zazwyczaj dużo łodzi, ale tu na szczęście przybijali skromni żeglarze, nie szpanerzy. Znów było przyjemnie. Siedzieliśmy długo przy ognisku.

Kolejny postój wypadł nam znów na Jagodnym. Tu zorganizowane pole namiotowe, przypominające to w Zimnym Kącie. Zaśmiecone i zapaskudzone krzaki. Zapach, bynajmniej nie soir de Paris.

Ignacy, po utracie śruby, znów był skazany na sznurek za Jutrzenką. Wszystkie kanały, aż do j. Tałty przemierzyliśmy w rządku, a załoga Zorzy musiała wąchać spaliny z naszego silnika. Uwolniony wreszcie z holu Ignacy, na j. Tałty postawił żagle i pływał, jak pies spuszczony z łańcucha, bez ładu i składu. Umówiliśmy się, że zatrzymamy się u nasady półwyspu oddzielającego jeziora Tałty od Ryńskiego. Było tam źródełko i ładne miejsce na ognisko. Podpływając do wybranego na cumowanie miejsca, zobaczyliśmy dryfujące po powierzchni wody kawałki styropianu. Szwagier, jako doświadczony, wędkarz, natychmiast orzekł, że to „pupy” zastawione przez kłusownika. Zarządził, że powinniśmy pomanewrować po zatoczce i zdjąć je. Już na pierwszej, którą szwagier chwycił bosakiem, był węgorz. Marta siedziała sobie spokojnie w kokpicie, kiedy Marek wrzucił na jego podłogę złowioną rybę. Widzieliście kiedyś kobietę, która w panicznym strachu przed myszą, zadzierając kieckę i wrzeszcząc na całe gardło, wskakuje na stół? Tak zrobiła Marta. Wrzeszcząc na męża, że ma TO zabrać, bo się wije, wskoczyła na dek, zawzięcie przy tym tupiąc. Mieliśmy niezły ubaw. Węgorze były trzy i cztery okonie. Zniszczyliśmy około dziesięciu kłusowniczych narzędzi. Szwagier czuł się dumny i zadowolony, bo nie łowiąc, złowił.

Przybiliśmy do brzegu. Było jeszcze przed południem. Obiad był wczorajszy, tylko do odgrzania, drewna na ognisko leżało wokół sporo, więc postanowiliśmy we dwóch, udać się do oddalonej o pięć kilometrów miejscowości, by zaopatrzyć się w piwo (no bo rybka lubi pływać i żeby nie pomyślała, że ją pies zjadł). Szliśmy wertepami a potem nędznym asfaltem, Doszliśmy do jakiejś wsi i pytamy „tambylca” gdzie jest sklep. Wskazał, ale na drzwiach wisiała kartka, że od wczoraj, przez następne dziesięć dni, sklep będzie nieczynny, a najbliższy jest w sąsiedniej miejscowości, oddalonej o pięć kilometrów. Poszliśmy. Tam się okazało, że owszem, sklep jest, ale czynny od godziny 7.00 do 10.00, potem od 18.00 do 20.00. Spytany przechodzień wskazał kolejną miejscowość, oddaloną (a jakże) o pięć kilometrów, gdzie są aż dwa sklepy i oba czynne przez cały dzień. Poszliśmy. Piwo było. Wypiliśmy po dwie pękate buteleczki o pojemności 0,33l, siedząc przed sklepem. Nie pamiętam już nazwy tego wyrobu, ale nie był najwyższych lotów. Na bezrybiu i rak ryba, mówi przysłowie, więc nie narzekając, piliśmy. Wzięliśmy też ze sobą, każdy po pięć butelek, by poczęstować Ignacego i Jolę, którzy też lubią piwo. Nie wzięliśmy wszakże pod uwagę, że czeka nas piętnastokilometrowy marsz z siateczkami w ręce. Pogoda była taka sobie. Wiał lekki wiaterek, słońce, raz po raz skrywało się za chmurę, ale nie groziło deszczem. Szliśmy, a niesione w siateczkach piwo, coraz bardziej nam ciążyło. Po siedmiu kilometrach doszliśmy do wniosku, że jeśli wypijemy po jednym, to jeszcze nam zostanie na poczęstunek. Kolejne przebyte kilometry wpłynęły na wzrost pragnienia. Kiedy doszliśmy do celu. Nie było ani piwa, ani siatek. Na szczęście Ignacy popłynął do tej samej miejscowości, łodzią. Tam zrobił zakupy i to on nas, nie my jego, częstował. Starczyło na wieczór.

Ignacy stroi gitarę
                                                   


  
Wieczorne ognisko. Wyciągnęliśmy z łódek gitary. Wypite procenty i trzydziestokilometrowy marsz podziałały na mnie w piorunujący sposób. Po zaśpiewaniu kolejnej harcerskiej piosenki uderzyłem w płacz. Szlochałem tak mocno, że wzbudziłem w pozostałych uczestnikach imprezy współczucie. Czemu tak płaczesz? Pytali. Kiedy już mi trochę przeszło, zamierzyłem się gitarą, żeby wrzucić ją w ogień. Ula złapała instrument, a mnie zaprowadziła do jachtu. Rano wszyscy byli ciekawi, co mi się stało?
Dopadł mnie kryzys wieku średniego. Zdałem sobie właśnie sprawę, że mam już czterdzieści lat, a wciąż śpiewam harcerskie, młodzieńcze piosenki. Na tym ognisku uświadomiłem sobie, że nie jestem już młodzieńcem, a panem w słusznym wieku. Ten kryzys męczył mnie prawie rok.

Do Rynu dopłynęliśmy bez przeszkód. Zdawanie łodzi było niemiłe. Mieliśmy uzasadnione pretensje. Ignacy przedstawił rachunki za naprawy. Bosman przeczytał dzienniki pokładowe, skonfrontował ze stanem łodzi i po skontaktowaniu się z ich właścicielem, zwrócił Ignacemu pieniądze za naprawy, a wszystkim nam zdeponowane na początku rejsu kaucje. O śrubie była mowa, ale darowano nam jej brak, w obawie, że wytoczymy właścicielom proces, za niewłaściwe przygotowanie jachtów do czarteru i zepsuty urlop.

Po tym rejsie, Ignacy, który jest perfekcjonistą, obiecał sobie, że już nigdy nie weźmie niczego w czarter. Woli odłożyć i pożyczyć resztę pieniędzy, by wybudować sobie własną łódź. Tak też zrobił. Jest właścicielem Fokusa 650, do którego kupił gotowe skorupy i sam dokończył budowę. Teraz nic mu nie cieknie na głowę i nic się nie urywa, bo zawczasu usuwa wszelkie, nawet drobne usterki, a żona Jola wymuskała wnętrze tak, że jest przyjemne, czyste i pachnące.

Ja, po tym rejsie, poszerzyłem objętość reperaturki (jak kto woli – skrzynki bosmańskiej), w której woziłem odtąd cały „warsztat”, jak się śmiali napotkani na szlaku żeglarze, którym udzielałem za pomocą tego „warsztatu” pomocy.
  

Reasumując: Jeziora Mazurskie są piękne, choć moim zdaniem przereklamowane.
Panujący na nich tłok, wszechobecna komercja, gdzie wyciąga się z żeglarza każdy grosz, za byle jaką usługę (BA! przysługę nawet), no i ta bezprzykładna łapanka na znak żeglugowy, jak również kradzież w biały dzień, w strzeżonej, płatnej marinie śruby do silnika, bardzo źle wpłynęły na nasz odbiór tego rejsu.

Nie wiem, czy firma czarterująca opisane łodzie jeszcze istnieje. Myślę, że nie, bo właściciele pewnie spalili się ze wstydu, czytając nasze wpisy do dzienników pokładowych Zorzy i Jutrzenki. Same jachty z całą pewnością też już nie istnieją. Od naszego rejsu minęło wszakże wiele lat, a łodzie już wówczas były w złym stanie.

Przyroda, owszem przepiękna, ale z powodu braków w infrastrukturze i organizacji odbioru odpadów z jachtów, a także z powodu niedostatecznej kultury turystów, brzegi jezior są zaśmiecone i bezprzykładnie zasrane (specjalnie użyłem tu dosadnego określenia, bo odzwierciedla faktyczny stan dewastacji brzegów).

Nie wiem, jak jest obecnie na Mazurach. Kreuje się je na „Cud natury”. Przyrodniczo, zgadzam się, organizacyjnie? Nie! Jakoś nie mam ochoty ponownie spróbować...
 

piątek, 27 stycznia 2017

Wygodnym baksztagiem~04 Mazury - cz.2.


Kiedy na pokład wróciło zdrowie i wszyscy mieli suche rzeczy w łodziach, zaczęliśmy myśleć o zepsutym silniku na Zorzy. Przez przesmyk między jeziorami wpłynęliśmy na Kisajno. Tam w okolicy przystani Almaturu zatrzymaliśmy się, bo w sąsiedztwie był profesjonalny warsztat naprawy silników do łodzi. Ignacy zlecił usługę i zdenerwowany, gryząc paznokcie, czekał na jej wynik.

W oczekiwaniu na silnik

Kisajno, to duże jezioro. Niebo przybrało amarantowy kolor. Po całym dniu żeglugi, wybraliśmy miejsce na nocleg, na półwyspie o nazwie Fulędzki Róg. Las grądowy, pełen komarów, niewygodne zejście na ląd, płytkie podejście do brzegu. Kicha! Przybiliśmy w końcu, bo nie znaleźliśmy niczego lepszego, a dnia zostało już niewiele. My pierwsi, za nami drugi jacht. Kiedy już kotwice były w wodzie, my przebrani, Ignac rzucił wędkę i natychmiast wyciągnął dorodną wzdręgę. Wrzucił ponownie. I znów po sekundzie była na haczyku ryba. Popatrzyliśmy na wodę za rufą Zorzy i zdziwiliśmy się. W odległości rzutu wędką „gotowało się” Jakaś ogromna ławica krasnopiórek podpłynęła w to miejsce i żerowała. Wyciągnąłem swoją wędkę, Marek swoją i jeszcze jedną dał siostrze. Stanęliśmy we czworo. Pozostałe osoby lepiły kulki z chleba, które stanowiły przynętę. Szwagrem targały takie emocje, że poplątał wędkę przy trzecim rzucie. Zanim ją rozplątał, pozostała trójka skończyła rybobranie, bo nałowiliśmy dwie duże miski wzdręg, z których najmniejsza miała około 30 cm. Dalsze łowienie nie miało już sensu, bo i tak nikt by tylu ryb nie zjadł. Te złapane i tak starczyły nam na trzy posiłki (w każdej łodzi osobno). Do dziś nie wiem, co to mogło być. Takie zjawisko widziałem tylko jeden, jedyny raz. Marek do dziś nie może sobie darować, że tak krótko mógł łowić.

Kolejny dzień zapowiadał się pięknie. Ranek był pogodny, wiał bardzo lekki wiaterek. Odbiliśmy od brzegu, wyciągnęliśmy się na kotwicy i po postawieniu żagli skierowaliśmy się na Dobskie. Bardzo ciekawe to jezioro. Na jego środku jest wyspa o nazwie Wysoki Ostrów, zasiedlona przez kormorany. Zajęły całą wyspę, która z tego powodu wyglądała fatalnie. Gałęzie pozostawały nagie, gdyż liście zostały spalone odchodami. Podnóże pokrywał gruby kożuch guana. Już w znacznej odległości od wyspy słychać było odgłosy ptasich rozhoworów. Statki białej floty opływały ten kawałek lądu powoli, by turyści zdążyli zrobić zdjęcia i przez lornetki pooglądać kolonię. My, po opłynięciu wyspy, skierowaliśmy się na przeciwległy brzeg i tam stanęliśmy na nocleg.

Była noc Kupały. W sąsiedniej miejscowości o nazwie Doba, odbywały się związane z ta nocą zabawy. Do rana słychać było muzykę, widać było ogniska. Wianki puszczono na wodę chyba o północy, bo rozpłynęły się po całym jeziorze.
 

  Pomost wędkarski


Następnego dnia, gdzieś o 11.00 zbudził się wiatr. Wiał korzystnie z lewego baksztagu. Popłynęliśmy do Sztynortu.
W miejscowości tej jest jedna z większych marin na szlaku Wielkich Jezior. Kiedy weszliśmy na jezioro Sztynorckie, od razu zauważyliśmy charakterystyczną bosmankę i rząd pomostów.
Przybiliśmy tak, żeby być obok siebie, ale jednak osobno. Ignacy zagadał Bosmana, czy by nie udało się naprawić wadliwego miecza. Bosman podjął się zadania, pod warunkiem, że pomożemy położyć łódź na slipie tak, by dało się zdemontować rzeczony miecz. Czynności wyształowania Zorzy, położenia jej na slipie, wyjęcia miecza, naprostowania go i ponownego założenia, oraz zaształowania, trwały aż do wieczora. Nocowaliśmy w Sztynorcie. Przedtem była wizyta w kultowej Zęzie – tawernie żeglarskiej w piwnicy sąsiadującego z przystanią domu. Faktycznie, takiej atmosfery nie spotka się nigdzie. Obejrzeliśmy też XVII wieczny pałac rodu Lehndorff w tej miejscowości. Ciekawostką okazał się też stojący na lądzie wrak jachtu, który, jak głosiła miejscowa legenda, był podarkiem Wiesława Gomółki dla Chruszczowa. Czemu znalazł się w Sztynorcie? - Zadawaliśmy sobie pytanie. Pozostało bez odpowiedzi.
Przystań w Sztynorcie

 
Nazajutrz wyszliśmy na jezioro Dargin, kierując się w kierunku jeziora Mamry. Wiał silny wiatr. Był korzystny, więc postawiłem tylko fok marszowy i tak z dużą szybkością gnałem po wodzie. Ignacy postawił tylko grot i walczył z przechyłami, ale nie zmienił decyzji aż do pomostu usytuowanego przy moście przez cieśninę na jezioro Kirsajty. Musieliśmy tu stanąć, by położyć maszty. Za mostem postawiliśmy je ponownie i ruszyliśmy dalej. Mieliśmy zamiar wejść na Mamry i popłynąć na Święcajty. Niestety silny wiatr z prawego bajdewindu pokrzyżował nasze plany. Ignacy miał silnik zawieszony na prawej pawęży, my, na lewej. Po wyjściu zza osłony lasu na półwyspie Kurka Ignac pomagał sobie  silnikiem i udało mu się, za to nam nie, gdyż przechył zatapiał silnik. Groziło to jego zalaniem i uszkodzeniem.

Postanowiliśmy poczekać aż wiatr nieco ucichnie. Stanęliśmy przy półwyspie Kurka i tu zrobiliśmy sobie obiad. Rzeczywiście, pod wieczór wiatr nieco odpuścił i jednym susem weszliśmy na Mamry. Rodzina naszych przyjaciół czekała na nas w przesmyku między Mamrami a j. Święcajty. Popłynęliśmy w tamtą stronę. Pamiętam, że ciężka przecież Venus płynęła z taką szybkością, na pełnych żaglach, że motorówka płynąca za nami w ślizgu, długo nie mogła nas dogonić. Zastaliśmy naszych towarzyszy siedzących na deku z minami na kwintę. Okazało się, że niby naprawiony miecz nadal jest krzywy i wprawdzie dał się schować do skrzynki mieczowej, ale nie można go teraz wypuścić. Wymyśliliśmy, że przewiercimy otwór w stole, stanowiącym nakrycie skrzynki mieczowej i przez ten otwór będzie można metalowym prętem popychać miecz, kiedy zechce się go wypuścić. Działało do końca rejsu.

Spaliśmy w przesmyku. Rano wyszliśmy na Święcajty. Na środku jeziora dopadła nas potężna burza. Pioruny waliły z takim łoskotem, że aż strach było płynąć. Byliśmy na środku rozległej wody, nie było gdzie się schować. Postawiliśmy foki sztormowe i kręciliśmy się po wodzie tam i sam, bez celu, żeby tylko przetrwać nawałnicę. Po wszystkim przybiliśmy do betonowego pomostu na polu namiotowym, skąd było około dwóch kilometrów do Węgorzewa. Nazajutrz, w niedzielę poszliśmy pieszo zwiedzać miasto. Przedtem skorzystaliśmy z dobrodziejstw cywilizacji i poszliśmy „na kafelki”.

Pamiętam, że Jola gotowała obiad, kiedy obok przycumowanych łódek, z dużą szybkością przepłynął kuter Mazurskiej Straży Patrolowej, wzbudzając fale. Jola wyskoczyła z tłuczkiem na ziemniaki na pokład, wygrażała marynarzom, nie przebierając w słowach. Zignorowali ją, choć doskonale wiedzieli o co chodzi.



Na Święcajtach
 O tego momentu zaczynał się nasz powrót do Rynu. Pogoda znów się popsuła. Gnani niekorzystnym wiatrem od dziobu, popłynęliśmy z powrotem na jezioro Dargin. Na szczęście wieczorem wiatr ucichł, a my siadłszy na dekach, łowiliśmy ryby. Tym razem były to dorodne płocie, które, jak wzdręgi brały na kulki z chleba. Chyba nigdzie więcej ryby nie dają się już na ten chlebek nabrać, tylko tu. Mieliśmy częste brania, ale szału nie było! Nie powtórzyła się historia sprzed kilku dni.

Na ostatnią, trzecią część opowieści z Mazur, zapraszam za tydzień.