środa, 24 maja 2017

Arboretum mojej żony

Moja żona uwielbia kwiaty. Jej absolutną miłością są różaneczniki. Hoduje więc kilka gatunków azalii i rododendronów. Poniżej galeria zdjęć jej domowego arboretum. Moim obowiązkiem jest dodać, że tegoroczne wiosenne mrozy dotknęły też jej kolekcję roślin. Proszę więc o wyrozumiałość, jeśli znajdziecie gdzieś jakieś niedoskonałości.


piątek, 28 kwietnia 2017

Wygodnym baksztagiem~11 Pływanie okazjonalne

Wymogiem dzisiejszych czasów jest pełna dyspozycyjność w pracy, co stało się podstawową przyczyną niemożności uzgodnienia wspólnego dla czterech osób terminu urlopu. Zaprzestaliśmy więc czarterowania jachtów.  Wraz z Ulą, jednak nie zdusiliśmy w sobie naszych marzeń posiadania własnej łodzi. Niestety wciąż nas nie było na nią stać. Na szczęście nasi znajomi, koleżanki i koledzy, znając nasze zamiłowanie do pływania, czasem organizowali nam jakieś weekendy lub nawet tygodniowe pobyty na lubuskich akwenach. Było blisko domu a równie atrakcyjnie i miło.

Sami wynajmowaliśmy jeszcze kilkakrotnie, ale tak na godziny El Bimbo pana Bosmana z Chalkosu.  Raz nawet pokusiliśmy się o wynajęcie na dobę - katamaranu na Zalewie Zegrzyńskim. Także Conrad 620, będący własnością Zakładu Energetycznego w Zielonej Górze, był dla nas od czasu do czasu dostępny, mimo że zmieniali się dwukrotnie dysponenci. Jednak najczęściej służyli nam pomocą nasi przyjaciele - Jola i Ignacy. Wybudowali sobie własną łódź Focus 650, wyposażyli najlepiej jak mogli i była (i nadal jest) ich oczkiem w głowie. Nie wykorzystywali jej wszakże w stu procentach. Przecież pracowali, a od poniedziałku do soboty, łódź stała przy pomoście. Czasami ją nam użyczali, co było wyrazem wyjątkowego zaufania. Mam nadzieję, że go nigdy nie zawiedliśmy.

 Na j. Sławskim


Weekend z Jolą i Ignacym


Zatoka Lubiatowska


Wygodne zejście do wody

Leniwy poranek w łodzi

Podaję przykład. Wypłynęliśmy z Chalkosu, gdzie Ignacy był rezydentem na przystani. Spędziliśmy wspólnie miły weekend. Jola z Ignacym wrócili do pracy, a my mieliśmy łódź do dyspozycji do następnej soboty, kiedy musieliśmy popłynąć w umówione miejsce, by odebrać ich z pomostu. Tak zaczynał się kolejny weekend, po którym wspólnie wracaliśmy do domów. Takich użyczeń zanotowaliśmy kilka.

Pływanie Conradem nie było dokumentowane fotograficznie, podobnie, jak wiele innych wycieczek. Wydawało nam się naturalne, że wciąż pływamy, więc nie było potrzeby robienia zdjęć.

Zarówno ja, jak i Ignacy, mieliśmy wspólne marzenie, by wybudować kabinowy katamaran. W tym celu zakupiłem kompletną dokumentację, wraz z prawami do budowy, katamaranu - HX-22, od pana Jerzego Hrebienia. Sylwetka tego jachtu wydawała się lekko futurystyczna.  Katamaran posiadał centralną kabinę i coś w rodzaju spojlera, co stanowiło jednocześnie wspornik do uchwytu talii. Zacząłem nawet wycinać elementy ze sklejki wodoodpornej, która potem miała być zalaminowana. Niestety, projekt ten poległ w dziwny sposób. Ktoś pożyczył, ot tak do obejrzenia, ode mnie projekt i nie oddał. Nie pamiętałem, kto to był i nie mogłem się dopomnieć o zwrot. Wręgi dotąd pleśnieją w mojej piwnicy. 

Postanowiliśmy z Jolą i Ignacym znaleźć chwilę czasu, żeby przetestować jakikolwiek katamaran. W Żaglach natrafiłem na propozycje czarteru katamaranu "Bazyliszek". Była to zupełnie inna konstrukcja, od tej, której projekt zakupiłem. Miał w każdym kadłubie dwuosobową kabinę. Wynajęliśmy go na dobę.

Przypadek zrządził, że w Nieporęcie, skąd czarterowaliśmy "Bazyliszka" stał nieopodal przy kei duży katamaran HX- 28, a na nim był konstruktor i właściciel, nie kto inny jak sam Jerzy Hrebień. Porozmawialiśmy z Ignacym na temat jego mniejszej konstrukcji, którą zamierzaliśmy budować. Obejrzeliśmy także wnętrze "większego brata" - imponujące. Konstruktor wspominał też, że w wersji morskiej ów katamaran, będzie posiadał jeszcze centralną kabinę, oprócz dwóch mieszkalnych pływaków, wielkości dużego jachtu jedno kadłubowego, każdy.

Bazyliszek miał także dwie kabiny w każdym pływaku, ale na tyle małe, że wydał nam się bardzo niewygodny. Nawet nie było gdzie zjeść wspólnie śniadania. Nautycznie, świetny. Pływał bardzo szybko i byle wiaterek pobudzał go do życia, ale doszliśmy do wniosku, że jest do dobra jednostka dla młodzieży, która jest mniej wymagająca, jeśli chodzi o wygody życia. Dla nas ważniejsze niźli osiągi prędkości, są wygoda i możliwość wypoczynku.

Bazyliszek na wodzie

Stanowisko dla sternika wygodne, reszta, taka sobie...

Nieporęt. Bazyliszek w porcie.

Śniadanie. Każdy osobno i na sztorcklapie.

Kolacja "kucana" w kokpicie. Zamiast stołu, sztorcklapa.

Po tym wspólnym wypadzie opadły nasze emocje w kwestii budowy podobnej jednostki. Z tego też powodu, nie szukałem zawzięcie osoby, która dotąd nie zwróciła moich planów HX-22. Marzenia legły w gruzach. Może i słusznie?

Teraz zdradzę, że udało się nam ( Uli i mnie) kupić w końcu własną łódź, którą pływaliśmy przez pięć sezonów na szlaku jezior Zbąszyńskich, ale kogo mogłaby interesować tak banalna opowieść? Nie ma tu wszak dynamicznej akcji, spektakularnych jej zwrotów, jest zwykła ludzka opowieść, ale to już całkiem inna bajka.

Pozdrawiam wszystkich bardzo serdecznie.

KONIEC

wtorek, 25 kwietnia 2017

Wygodnym baksztagiem~10 Ostatni czarter

Minął jakiś czas. Nadchodziło kolejne lato. Ckniło mi się za naszymi wyjazdami, tymczasem całe nasze towarzystwo zajęło się swoimi sprawami. Każdy miał coś ważniejszego do zrobienia w życiu. Nasze urlopy stawały się coraz krótsze i nigdy nie można było zaplanować ich wcześniej. Takie czasy...

Wreszcie ustaliłem z Ulą, że jednak pojedziemy. Padło na Drawsko. Pan Jerzy ucieszył się słysząc moje nazwisko w słuchawce, zaraz też nie omieszkał dodać, że wiedział iż kiedyś tu wrócimy. Zarezerwowałem łódź El Bimbo. Na nas dwoje, w sam raz.

Święto Bożego Ciała wypadło pod koniec czerwca. Wybraliśmy ten termin, bo dodatkowo dochodziły dwa dni wolnego. Kiedy jechaliśmy do Czaplinka panował niemiłosierny upał. Żar lał się z nieba, a my wytrzymaliśmy tylko dla tego, że w samochodzie działała klimatyzacja. Od Skwierzyny jechaliśmy drogami drugiej klasy (żółtymi), które wiodły przez miejscowości. Na wsiach w tym dniu odbywają się procesje, więc chyba trzykrotnie musieliśmy odczekać, aż przejdą tłumy, by pojechać dalej. Kiedy dotarliśmy na miejsce było około piętnastej.

Właśnie łódź zdawali nasi poprzednicy, więc my przejmowaliśmy właściwie bezpośrednio od nich, pod czujnym wszakże okiem pana Jerzego. Nie rozkładaliśmy rzeczy. Wrzuciliśmy je tylko do wnętrza kabiny i wypłynęliśmy na jezioro, gdzie było przez chwilę trochę chłodniej. Po wyjściu z klimatyzowanego auta, gorączka stała się dla nas jeszcze bardziej nieznośna. Powietrze wydawało się gęste, wiał bardzo słaby wiatr. Poruszaliśmy się bardzo wolno. Mieliśmy wyraźny cel dopłynąć  do zatoki Henrykowskiej (miejscowi ją nazywają Siemczyńską). Tam, na początku, na półwyspie Rękawica, są osłonięte miejsca, z bardzo wygodnym wyjściem na ląd.

Tuż przed wejściem na główne ploso zatoki, dostaliśmy ostrzeżenie od żeglarzy, którzy już na silniczku pomocniczym zmierzali do przystani w Starym Drawsku, o zbliżającej się burzy. Postanowiliśmy więc najszybciej, jak to tylko możliwe, dopłynąć do zamierzonego celu. Dotarliśmy do zatoki. Nasze miejsce było już zajęte, więc upatrzyłem drugie, dogodne do lądowania. Na podwyższonym brzegu rosła dorodna brzoza, pod którą zamierzałem się schronić. Nagle, z oddali dał się słyszeć głuchy odgłos gromu. Niebo pociemniało. Nie zwlekając, poprosiłem Ulę, by zrzuciła żagle. Zdążyła zrzucić foka, kiedy usłyszeliśmy dudnienie, przypominające nadjeżdżający, mocno załadowany pociąg towarowy. Dudnienie przybierało na sile w zastraszającym tempie. Struchlałem. Wyglądało to na nadchodzący kataklizm i w istocie tym było!

Tęsknie patrzyłem na "moją" brzozę, która była już tuż, tuż. Wiatr się wzmógł, a ja miałem jeszcze postawionego grota, więc wybrałem szota i skierowałem się ku brzegowi. Niebo jeszcze bardziej pociemniało. Zrobiło się mroczno i groźnie. Taka noc w ciągu dnia. Narastający huk paraliżował ruchy i wolę. Zawołałem do Uli. Trzymaj się masztu! Postawiłem jacht dziobem do wiatru i wyluzowałem szot, czekając na nieuchronne uderzenie żywiołu.

To, o czym piszę, działo się na tyle szybko, że nie zdążyliśmy zrzucić grota. Bałem się, że jeśli odwróci nas choćby do półwiatru, siła żywiołu może być tak wielka, że wywróci łódź. Na szczęście nic takiego się nie stało, ale za chwilę zobaczyłem brzozę, pod którą chciałem "zaparkować", walącą się pod naporem wichury. Ula krzyczała, żebym na coś popatrzył i wskazywała w przeciwnym kierunku, ale ja szukałem gorączkowo wyjścia z sytuacji. Tysiące myśli przelatywało mi przez głowę. Przed dziobem widziałem bukowy las. Rosły tam drzewa tak wielkie, że trzy dorosłe osoby nie mogły ich objąć. Te buki łamały się jak zapałki i niesione wiatrem jeszcze przez jakiś czas, upadały z głuchym łoskotem na ziemię. Po kilku minutach grozy, uderzył grad. Tłukł nas po głowach. Ponieważ wiatr osłabł, wybrałem grota i przybiłem do pnia powalonej przed chwilą brzozy. Ula chciała się schronić do kabiny, ale jej nie pozwoliłem. Kazałem zrzucić grota i klarować żagle do postoju. Była zła! Wiedziałem jednak co robię. Lepiej być na deku i móc uskoczyć, kiedy wali się drzewo, niż niczego nie widząc, zostać przywalonym w jachcie. Grad zamienił się w ulewny deszcz. Przemokliśmy do suchej nitki, ale to małe zmartwienie. W końcu, odziani byliśmy tylko w krótkie spodenki i koszulki.

Wiatr zelżał na tyle, że doszedłem do wniosku, że już nam nie zagraża. Weszliśmy do kabiny. Oboje byliśmy w najwyższym stopniu zestresowani. Ja przeżyłem już drugi raz taki kataklizm. (raz, jako instruktor na obozie harcerskim, gdzie podczas podobnej burzy kilkoro dzieci zostało rannych a jedna osoba zginęła, przywalona drzewem). Ten horror pojawił się ponownie przed moimi oczami.

W takiej sytuacji najlepiej rozładować stres, zajmując się pracą. Zaczęliśmy więc porządkować wnętrze łodzi. Układać nasze rzeczy w należytym porządku. Minęło może jakieś piętnaście minut od chwili, kiedy ustała ulewa, gdy w zatoce pojawiła się policyjna motorówka. Policjanci podpłynęli do nas i z zainteresowaniem, oraz troską w głosie zapytali, czy jest wszystko w porządku i czy nam czegoś nie trzeba. Podziękowaliśmy z wdzięcznością, a ja po raz pierwszy (i niestety-ostatni) stwierdziłem, że policjanci na służbie mogą się zachowywać tak, jak oczekuje od nich społeczeństwo. Być pomocnymi, a nie tylko się czepiać i wystawiać, często naciągane mandaty.

Przebraliśmy się w suche ciuchy, zadzwoniłem do pana Jerzego, by go uspokoić i powiadomić, że ani my, ani sprzęt, nie ucierpieliśmy. Zrobiliśmy sobie gorącą herbatę i usiedliśmy przy stole, dzieląc się wrażeniami. Dopiero teraz Ula opowiedziała mi co widziała i co wskazywała mi, kiedy patrzyłem na walącą się brzozę. To była trąba wodna! Wiatr porywał wodę z jeziora, tworząc lej o średnicy może trzech metrów. Lej przesuwał się w odległości może dwudziestu metrów od naszego jachtu. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę z tego, jakie mieliśmy szczęście!

Nastawiłem radio. Program pierwszy podawał wiadomości. Na jeziorze Drawsko doszło do tragedii. Huraganowy wiatr powalił drzewa na znacznym obszarze. Powywracał też jachty pływające po jeziorze, te które nie zdążyły się schronić w bezpiecznych miejscach. Dwa z nich zatonęły, inne udało się doholować do brzegu. Były ofiary w ludziach.

W tym wszystkim, co tu się wydarzyło, my mieliśmy ogromne szczęście, może właśnie dla tego, że nie zdążyliśmy przybić do brzegu, zanim zwaliła by się na nas ta brzoza i może dla tego, że Ula nie zdążyła zrzucić grota, gdyż mogłem dzięki temu odsunąć się z toru po którym poruszała się trąba wodna?
I nie wierz tu człowieku w przeznaczenie!

Mieliśmy nieprzespaną noc. Serca tłukły nam w piersiach z taką siłą, że nie udało się zasnąć. Przeżywaliśmy wciąż to, co przed kilku godzinami się zdarzyło.  Okazało się, że i Uli rodzice mieli podobną noc udręki. W telewizji pokazali dramatycznie wyglądający "krajobraz po bitwie" Wywrócone jachty i akcje służb ratowniczych. Rodzice nie znali numeru mojego telefonu komórkowego (bo był nowy). Dopiero nazajutrz, kiedy skontaktowałem się z nimi, wyraźnie odetchnęli.

Ranek był słoneczny, ale temperatura spadła o kilkanaście stopni. Nie przeszkadzało nam to, bo wiał lekki wietrzyk, w sam raz do pływania. Popłynęliśmy w głąb zatoki, która mogłaby być odrębnym jeziorem, zresztą i kolor wody i charakter brzegów, sprawiały, że mieliśmy takie poczucie, jakbyśmy żeglowali po innym jeziorze. Dopłynąwszy do końca zatoki, zostawiliśmy jacht zamknięty, przy pustym pomoście jakiegoś pola namiotowego i udaliśmy się do Siemczyna. Z ciekawostek, które rzuciły nam się w oczy, można wymienić pałac, który nie był jeszcze w ruinie, ale miał ku temu wyraźne skłonności. W Wikipedii przeczytałem, że była to rodowa rezydencja rodu von Goltz, który w okresie potopu szwedzkiego, stanął po stronie króla polskiego.

Nie było dostępu do pałacu. Na zamkniętej bramie wisiała tabliczka oznajmiająca, że jest to teren prywatny i wstęp jest wzbroniony. Uszanowaliśmy wolę właściciela. Teraz podobno pałac wyremontowano a w jego wnętrzach znajduje się hotel i sala bankietowa. Kolejna ruina uratowana przez prywatnego inwestora. Brawo!

Wróciliśmy na jacht. W drodze powrotnej z Siemczyna mijaliśmy dwie wyspy. Jedna z nich wydała nam się dobra do lądowania. Była to wyspa Polelum, nieopodal większej - Lelum. Nocleg przy niej byłby może i fajnym przeżyciem, gdyby nie sterta śmieci, ułożona na samym środku wyspy, w miejscu po ognisku. Jacyś mało wrażliwi ekologicznie wodniacy zostawili tu bezmyślnie "pamiątkę" po swoim pobycie...  Było nam przykro i zwyczajnie wstyd. Zostaliśmy jednak w tym miejscu na noc. Rano spróbowałem połowić ryby. Złowiłem chyba cztery okonie i jedną płotkę. Trochę mało jak na kolację, ale Ula przyrządziła je, żeby się nie zmarnowały. Posłużyły jako zakąska do piwa.

Koło południa przemieściliśmy się do zatoki Rękawickiej. Poprzednim razem, nie spenetrowaliśmy dokładnie tych pięknych zatok. Nadrabialiśmy więc obecnie te braki. Dopłynęliśmy do ośrodka wypoczynkowego, znajdującego się na samym końcu tej zatoki. Ośrodek miał swojską nazwę "Wojak". Porządne pomosty kusiły, żeby przybić. W ośrodku odbywała się jakaś impreza zamknięta. Nieznane nam bliżej zgromadzenie religijne miało tam swoje warsztaty, lub inne zajęcia, których nie potrafię nazwać. Jednak nie wszyscy tu obecni oddawali się praktykom religijnym. Spora grupa ludzi, każdego dnia wypływała łódkami na ryby. Minęliśmy chyba ze trzy takie ekipy. Po skorzystaniu z oferty kantyny ( obiad był naprawdę bardzo smaczny) wróciliśmy na wodę. Stanęliśmy przy cypelku, wchodzącym w jezioro, tuż, przy wejściu w zatokę. Był tu wysoki brzeg, w sam raz, by nie musieć korzystać z trapu. Wychodziło się wprost z dziobu na skarpę. Nieopodal, w lesie rosły maliny. W tym czasie właśnie dojrzewały. Poletko było spore, nazbieraliśmy więc ich tyle, że wystarczyło na wspaniały deser. Ula, będąc zapobiegliwą gospodynią, postanowiła też zrobić jakieś przetwory na zimę. Skorzystaliśmy więc z tego obfitującego w słodkie maliny poletka.

Kolejny dzień przyniósł obfite opady deszczu. Zrobiło się bardzo zimno. Koniec czerwca, a tu temperatury w dzień, oscylujące wokół cyfry 5, a nocą zbliżające się do 1-2. Rano wstaliśmy i po wyjściu do kokpitu, zauważyliśmy, że przy oddychaniu, pojawia się para, ulatująca z ust. Brrr! W dodatku ta zawieszona w powietrzu, niczym mgła wilgoć. Kapuśniaczek siejący z nisko przepływających, ciężkich chmur, sprawiał wrażenie kolejnej apokalipsy. Mimo wszystko, postawiliśmy żagle i popłynęliśmy na eksplorację kolejnej zatoki, zwanej Harcerską. Nie miałem rękawiczek, zresztą i tak by się na nic nie przydały, bo w ciągu kilku minut byłyby mokre. ręce zmarzły mi do tego stopnia, że nie mogłem rozprostować palców zaciśniętych na rumplu. Po może dwóch godzinach żeglowania, wróciliśmy zziębnięci na miejsce naszego poprzedniego, wygodnego cumowania. Nastawiliśmy wodę na herbatę, która rozgrzała nas od wewnątrz, a rozgrzany  czajnik, wnętrze kabiny.

Pod wieczór wracali z połowów panowie, których mijaliśmy rano. Zapytali, czy nie chcemy trochę ryb, bo ich żony mają już i ich i ryb dosyć. Z chęcią przystaliśmy na tę propozycję. Ula wyjęła miseczkę, w której zazwyczaj robi sałatki, ale panowie gromko się zaśmiali i spytali, czy nie ma czegoś większego. Miała. To była miska do mycia się. Duża miska. Wrzucili tam zawartość dwóch siatek, wypełniając miskę po brzegi. Były tam ulubione Uli okonie, wzdręgi i płocie. Nie, nie losowaliśmy, kto oczyści ryby. Ta czynność przypadła mnie w udziale. Zmokłem, bo czyszczenie zajęło mi trochę czasu, za to nazajutrz i przez kilka kolejnych dni żywiliśmy się darami natury. Rybami, grzybami (rosły tu obficie kurki) i malinami.


Drawsko. Żywimy się darami natury.


Następnego dnia, mimo utrzymującej się niepogody, popłynęliśmy do Starego Drawska. Należało uzupełnić zapasy żywności. Wstąpiliśmy też do wędzarni, po sielawę, mimo, że w łodzi mieliśmy dużo innych ryb, już nawet usmażonych.

Ula zadeklarowała, że chętnie napije się jakiegoś słodkiego likieru, bo w tej zimnicy musi się czymś ogrzać. Kupiliśmy. Po powrocie na stare miejsce, znów zagotowałem wodę w czajniku, który działał jak kaloryfer, podwyższając temperaturę we wnętrzu łodzi. Na dodatek stwierdziliśmy, że przecieka forluk, grożąc zalaniem naszych posłań. Wykorzystałem  w celu zabezpieczenia przed tym efektem wożony przez siebie uniwersalny tent, oddając deszczowi we władanie kokpit.

Tak minęły kolejne dwa dni. Siedzieliśmy w kabinie, bo było to jedyne miejsce w którym dało się wytrzymać. Utrzymujące się opady i niska temperatura, spowodowały, że przestaliśmy pływać po jeziorze, a Ula przebąkiwała coś o wcześniejszym zakończeniu czarteru. Rozumiałem jej obawy. Na przełomie roku, moja żona przeszła już piąte! porażenie nerwu twarzowego. Kto to przebył, wie, jaka to przykra dolegliwość. Na skutek działania zmutowanego wirusa wietrznej ospy ( coś jak półpasiec), zaatakowana połowa twarzy wygląda, jakby właśnie przeszedł ktoś udar mózgu. Ula miała niedziałającą lewą połowę twarzy. Przeszła skomplikowany proces leczenia i rehabilitacji, toteż bała się nawrotu choroby. Rankiem kolejnego dnia, orzekła, że godziła się na urlop, a nie na obóz przetrwania, więc postuluje, by zakończyć tę przygodę i wracać do domu, który można nagrzać, paląc w kotłowni. W radiu nie wróżyli poprawy pogody w ciągu najbliższych kilku dni, więc przystałem na propozycję żony. Zadzwoniłem do Pana Jerzego, powiadamiając go o naszej decyzji. Ten najpierw przestraszył się, że będziemy chcieli zwrotu pieniędzy, ale dowiedziawszy się, że rozumiemy, że nie miał wpływu na pogodę, więc nie mamy wobec niego żadnych roszczeń, przysłał o umówionej porze na przystań swojego syna, który, bez zbędnych ceregieli zwrócił nam kaucję i nie obejrzawszy nawet łodzi, podpisał protokół zwrotu.

Tak skończyła się nasza przygoda z czarterem na Drawsku i czarterami w ogóle.
Odtąd korzystaliśmy tylko z okazji stwarzanej przez grono kolegów. Pływaliśmy wyłącznie okazjonalnie, co będzie tematem najbliższego postu.


piątek, 21 kwietnia 2017

Wygodnym baksztagiem~09 Powrót z Soliny

Pogłoska o tym, że na Solinie nie ma  komarów jest prawdziwa. Przez cały nasz tam pobyt widzieliśmy tylko dwa, mimo, że nie chroniliśmy się przed nimi w żaden sposób.

Pobyt na Solinie miał się ku końcowi. Wnętrzem łodzi zajęli się Ula i Marek. Marta przygotowywała śniadanie, ja szybko uwinąłem się z pracami pokładowymi. Mogłem więc w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, oddać się planowaniu drogi powrotnej.

Ostatni ranek na Solinie.

Pomyślałem, że dobrze by było wykorzystać nasze obecne położenie, żeby zobaczyć rezydencje znamienitych, polskich, magnackich rodów  Krasickich - Krasiczyn i Lubomirskich i Potockich - Łańcut.
Przy powszechnej aprobacie załogi, natychmiast po zdaniu jachtu, wyruszyliśmy w drogę. Skierowaliśmy się w kierunku Ustrzyk Dolnych, by przez Krościenko (przejście graniczne z Ukrainą) dojechać do drogi Sanok - Przemyśl. Pojechaliśmy na wschód, by na kilkanaście kilometrów przed Przemyślem osiągnąć nasz pierwszy cel - zamek w Krasiczynie. Niestety, z powodu remontu, wnętrze tej wspaniałej renesansowej rezydencji Krasickich, nie było dostępne. Zadowoliliśmy się więc z konieczności zwiedzaniem rozległego parku i oglądaniem samego zamku z zewnątrz. Obok przepływał San.

Krasiczyn.

Pięknie położona w okalającym parku rezydencja.

Obraz przedstawiający zamek w Krasiczynie.

Kiedy tak sobie zwiedzaliśmy park, dotarliśmy do miejsca, gdzie miał rozstawione sztalugi, pewien malarz. Malował okolicę. Wiele jego prac wywieszonych było na okalających to miejsce krzewach. Jeden z obrazów przypadł Uli i mnie do gustu. Zagadnęliśmy malarza o możliwość zakupu jego dzieła. Okazało się, że artysta pochodzi zza wschodniej granicy i upodobał sobie Krasiczyn, jako miejsce pracy, a wszystkie wystawione obrazy można kupić. Pan nazywał się E. Cebrynskij - wynika z podpisu na obrazie.(zdjęcie - poniżej)

Dokonaliśmy zakupu. Zapoczątkował on naszą nową tradycję nabywania (najchętniej, tak jak tu, od malarzy) na każdym naszym wyjeździe - obrazu. Ponieważ oboje jesteśmy wodniakami, uznaliśmy, że motywem przewijającym się na kupowanych obrazach powinna być woda. Pomysł ten przekuliśmy w czyn i odtąd, kiedy tylko to możliwe, kupujemy prace artystów, w miejscach, które odwiedzamy. Wprawdzie nie przedstawiają one jakiejś wielkiej wartości materialnej, ale dla nas są bardzo drogimi pamiątkami, które zdobiąc ściany naszego salonu, jednocześnie przypominają nam szczęśliwe chwile spędzone na  peregrynacjach.

Zadowoleni (nie do końca, bo przecież nie widzieliśmy wnętrza zamku), wsiedliśmy do auta i przez Przemyśl, gdzie na chwilę też wyszliśmy do miasta, pojechaliśmy do Łańcuta. Oszałamiająca budowla, położona w równie oszałamiającym parku. Pałac zrobił na nas kolosalne wrażenie. Zaraz też dowiedzieliśmy się jak można go zwiedzić. Okazało się, że najlepiej z przewodnikiem, a można go zamówić indywidualnie, lub grupowo. Dołączyło się do nas przypadkowo spotkane małżeństwo, z dwójką nastoletnich dzieci i w tak w osiem osób udaliśmy się na zwiedzanie.

 Łańcut. Zamek od frontu.

Czegóż tam nie było! Ochom i achom nie było końca. Bogato wyposażone wnętrza pałacu wzbudzały nasz niekłamany podziw. Pięknie utrzymane, drogocenne meble, piece kaflowe, rzeźby, obrazy, ba! całe galerie! nawet teatr pałacowy, zachowany tak, że mogliby wejść doń aktorzy i grać swoje role. Piękna sala balowa, przekształcona w salę koncertową. To stąd, dzięki nieodżałowanemu Bogusławowi Kaczyńskiemu, znanemu krytykowi muzycznemu, wielbicielowi muzyki operowej i poważnej, mogliśmy oglądać telewizyjne transmisje niejednego koncertu. Potem była oranżeria i bogato wyposażona wozownia. Także park wywarł na nas duże wrażenie.

Skrzydło z łącznikiem do oranżerii

park
fontanna przed oranżerią.


Spędziliśmy na zwiedzaniu resztę dnia. Należało postarać się o nocleg.
Marta bardzo chciała spać w zamku. Były tam pokoje hotelowe, ale niestety, wszystkie miejsca były już zajęte. Musieliśmy się zatem zadowolić jakimś pensjonatem w mieście. Marta była niepocieszona. Chciała choć przez chwilę poczuć się jak wielka dama, śpiąca w wielkim pałacu, a tu taki zawód...

Nazajutrz, po śniadaniu ruszyliśmy w drogę. Trzeba pamiętać, że wprawdzie ruch samochodowy był wówczas nieco mniejszy niż obecnie, ale też i drogi były w dużo gorszym stanie. Nie było autostrady A4, którą z całą pewnością wybralibyśmy, jako najszybszą drogę do domu, ale skoro jej nie było, pojechaliśmy przez Kielce. Bardzo nam się podobała organizacja ruchu w tym mieście. Dzięki świetnemu oznakowaniu, jechaliśmy jak po sznurku. Koło Kielc jest jeszcze jedna wspaniała atrakcja: Zamek w Chęcinach. Nie omieszkaliśmy i tej rezydencji królewskiej, przecież, odwiedzić.

Chęciny. Ruiny zamku królewskiego.

Z baszty rozciągają się piękne widoki.
na szczycie baszty.
Dziedziniec.


Bogatsi o nowe wrażenia, kontynuowaliśmy podróż. Pogoda się zepsuła. Zaczął padać deszcz. Wytłoczone przez tiry koleiny, stały się potokami spływającymi wodą. Ciężka była jazda. Ula widać dodatkowo się zestresowała, bo odezwała się u niej przypadłość w postaci migreny. Zrazu ból był niewielki, ale gdzieś w okolicy Sulejowa stał się nie do zniesienia. Rozumiejąc powagę sytuacji, zaczęliśmy gorączkowo poszukiwać jakiegoś miejsca na nocleg. Przy drodze zauważyliśmy tablicę z napisem hotel (i tu jakaś nazwa włoskiej miejscowości). Skręciliśmy. Znów, jak po sznurku, zostaliśmy doprowadzeni do dużego wprawdzie, ale domku, no może willi. Na fasadzie wywieszono duży szyld z napisem Hotel (i tu znów ta nazwa włoskiej miejscowości). Warunki i ceny były do zaakceptowania, więc skorzystaliśmy. Ula dostała zastrzyk przeciwbólowy i natychmiast poszła spać, my wyszliśmy do pobliskiego klubu, gdzie zamówiliśmy jakąś pizzę i bezalkoholowe piwo. Wymienialiśmy się wrażeniami minionego dnia do zmroku. Kiedy wróciliśmy, wślizgnąłem się po cichu, żeby nie zbudzić Uli do łóżka i ekspresowo zasnąłem. Na szczęście rano, Ula obudziła się zdrowa. Mogliśmy więc po śniadaniu jechać dalej. Ten dzień poświęciliśmy stricte na podróż. Nie było już żadnego zwiedzania. Musieliśmy przecież nazajutrz stawić się w pracy.

Podsumowując: Wyjazd na Solinę należy uznać za bardzo udany. Niestety, jak się potem okazało, był to nasz ostatni wspólny czarter. Wprawdzie z Ulą jeszcze raz wynajęliśmy łódź na Drawsku, ale o tym opowiem już innym razem.

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Wygodnym baksztagiem~08 Solina

Ktoś nam powiedział, że na Solinie nie ma komarów. Wprawdzie w innych regionach, na wodzie te bestie nie dają się tak bardzo we znaki, ale już na brzegu - owszem. Postanowiliśmy więc sprawdzić tę wiadomość podawaną przez żeglarzy pocztą "pantoflową". Uzgodniliśmy, że kolejny urlop spędzimy na tym właśnie jeziorze. Znów poszły w ruch "Żagle", gdzie zamieszczano wiele ogłoszeń dotyczących czarterów. Znalazłem. Ośrodek w Teleśnicy Oszwarowej oferował do czarteru kompletnie wyposażone jachty, w tym znaną nam już z Augustowa Sportinę 595. Umowa, jak zawsze przyszła pocztą, i jak zawsze musieliśmy wpłacić jakąś zaliczkę, po spełnieniu tych formalności jacht był zarezerwowany.

Jak zwykle pod koniec czerwca ruszyliśmy w podróż. Po drodze zahaczyliśmy o Sandomierz, bowiem w tym mieście Ula i Marek mają rodzinę, którą i ja bardzo polubiłem. Chętnie zatem odwiedziliśmy ich po drodze, zostając na nocleg.

Droga na przystań w Teleśnicy Oszwarowej, po zjeździe z drogi głównej, to droga przez mękę. Wyboisty, mocno zniszczony asfalt, potem powybijana droga gruntowa. Myśleliśmy, że zbłądziliśmy, ale za chwilę okazało się, że jednak trafiliśmy tu, gdzie trzeba. Sympatyczna pani wydała nam jacht. Zwykle sprawdzam wszystkie najważniejsze elementy wyposażenia. Postawiłem więc grota, siedzę na burcie, a tu bom wisi na wysokości mojego łokcia. Dano nam niewłaściwe żagle. Pani z przeprosinami zmieniła takielunek i ruszyliśmy w drogę. wiało bardzo słabo, więc poruszaliśmy się trzy pluje na godzinę, kontemplując przy tym przecudne otoczenie. Jezioro Solińskie, jest bowiem jeziorem zalewowym, powstałym na skutek wybudowania w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, największej w Polsce zapory wodnej na rzece San, w Solinie. Koryto Sanu oraz wpadającego doń potoku Czarnego, a także rzeki Solinki pogłębiły się, tworząc przepiękny krajobraz. Na dole kręte brzegi jeziora, z wyspami i licznymi zatokami, na górze, zalesione wzgórza, schodzące wprost do wody. Nieliczne miejscowości rozsiane przy brzegach, stanowiły doskonały cel wędrówek.

Nagle rozpętała się nad nami burza. Gwałtowna, niczym nie zapowiedziana. Przybiliśmy do brzegu i schowani w kabinie czekaliśmy, aż pioruny i towarzysząca im ulewa, ustaną.


Niestety i tym razem zanotowaliśmy straty. Okazało się, że wybrana przez nas na przechowywanie żywności szuflada pod kokpitem, po rzęsistej ulewie, jest pełna wody. Po gruntownych oględzinach stwierdziłem, że uchwyt talii (zamocowanie jej dolnego zblocza) znajdujące się mniej więcej w centralnej części podłogi kokpitu, było luźne i tak prawdę mówiąc trzymało się "na słowo honoru". Wybraliśmy wodę z szuflady i popłynęliśmy dalej z mocnym postanowieniem naprawienia tej usterki. Sprawdziłem przy tym, czy mam w reperaturce potrzebne narzędzia i materiały. Miałem. Dopłynęliśmy do wyspy o nazwie Skalista. Na wyspie tej rezyduje gospodarz. Poszliśmy więc z Markiem spytać, czy wolno nam będzie przenocować przy jej brzegu. Otworzył nam pan, nieco zdziwiony naszą wizytą, ale widać było, że docenił nasz gest. Pozwolił, ale zaznaczył przy tym, że mamy używać saperki, bo, jak się wyraził, nie chce, żeby na jego wyspie były zasrane, jak na Mazurach brzegi. Widać niechlubna sława zanieczyszczania brzegów mazurskich jezior, dotarła też i tu...

Pogoda się ustabilizowała. Zrobiło się bardzo ładnie. W pierwszej kolejności naprawiłem uszkodzony uchwyt talii. Zajęło mi to sporo czasu. Reszta załogi zajęła się poprawkami w ształowaniu i urządzaniem naszego tymczasowego "domku" na najbliższe dwa tygodnie. Skończyliśmy, kiedy zaczęło się ściemniać. Zmęczeni podróżą i wydarzeniami dnia, legliśmy na spoczynek.

Ranek wstał bardzo piękny. Zauważyliśmy różnicę czasu. Niby ten sam, co u nas, ale widać było, że słońce wstaje tu wcześniej i  zachodzi, też wcześniej. Trzeba było się przestawić. Wypłynęliśmy w stronę zapory. Podziwialiśmy okalające jezioro wzgórza: Kiczera, wysoki Horb i Horodek, także, już nieco oddalone, Werlas, które jakby spływały zielonymi drzewami ku wodzie. stanowi to wyjątkowo piękny widok.



Wreszcie dotarliśmy do ośrodka "Jawor" znanego mnie i Uli z naszego wcześniejszego tu pobytu. Zmienił się nie do poznania. Pełna kiczu komercja. Skorzystaliśmy z jakiegoś fastfooda, z toalety i oddaliliśmy się czym prędzej, bo nie bardzo nam się podobała taka atmosfera.

"Jawor"

Powstało pytanie: Gdzie teraz? Były dwie odnogi, ta w prawo, do Wołkowyi i ta w lewo do ujścia Sanu i potoku Czarnego. Postanowiliśmy popłynąć w lewo. Pod wieczór dotarliśmy za wyspę na której nocowaliśmy poprzedniej nocy. Tuż za tą wyspą, wcina się w ląd głęboka zatoka, zwana Karpiową. Znaleźliśmy przy niej dogodne miejsce na nocleg i na łowienie ryb, czego stanowczo domagał się szwagier.

Postój w zatoce Karpiowej

Stanęliśmy rufą do wyjścia, pamiętając wszakże, że jezioro solińskie jest jeziorem zalewowym i poziom wody może się tu zmienić z godziny na godzinę w dowolnym kierunku. Najbardziej obawialiśmy się obniżenia tafli wody, bo groziło to utknięciem w jednym miejscu, aż do ponownego podniesienia się jej poziomu. Kontrolowaliśmy więc jej stan, przez wbicie patyka w miejscu, gdzie woda przechodziła w suchy ląd i obserwowaliśmy tendencję. Była spadkowa. Na noc wysunęliśmy się trochę na kotwicy. Marek, jak zwykle udał się w wybrane przez siebie miejsce na ryby. Pozostali zajęli się ulubioną rozrywką, grą w kości.

 Jak już wcześniej opisywałem, miałem w zwyczaju wyrzucać z łodzi jedną wędkę. Była to gruntówka (bardzo prymitywne urządzenie - krótkie wędzisko z kołowrotkiem, na którym nawinięta była zwykła nylonowa żyłka). Na końcówce był haczyk a przedtem ograniczony specjalnymi stoperami, przesuwający się na długości około 80 cm, ciężarek ołowiany. Nic więcej. Szczytówka była bardzo wrażliwa. Hałasowała przy najmniejszym ruchu, toteż zawsze wiedziałem kiedy następuje branie. Nie przejmowałem się przy tym zanadto, czy cokolwiek złapię, a jeśli już, to co to będzie. Zupełnie inaczej traktował to Marek, który celebrował każde swoje wyjście na ryby.

Tego wieczoru, jak zwykle Marek wybrał się łowić, a my postanowiliśmy pograć w kości. Rzuciłem więc (nawet nie wychodząc na dek, tylko wychylając się przez forluk) wędkę z przynętą w postaci rosówki. Założyłem (na wszelki wypadek) pętelkę z juzingu, przytrzymującą wędkę w razie, gdyby próbowała ją wciągnąć do wody jakaś większa ryba. i zasiadłem z dziewczynami do gry w kości, sącząc przy tym drobnymi łykami świetnie zaparzoną herbatkę. Gra w kości pomykała, gdy nagle zatrzepotała szczytówka. Wychyliłem się więc przez forluk i zaciąłem. Była ryba, i to dość spora. Wyciągnąłem ważącego może ze czterdzieści deko klenia. Włożyłem go do siatki, założyłem kolejną rosówkę i wrzuciłem w to samo miejsce. Wróciłem do gry w kości. Graliśmy tak ze trzy godziny. W tym czasie złowiłem dziesięć podobnych kleni, przy czym dwa mi uciekły, policzkując mnie przy tym ogonami. Osiem sztuk ryb o wadze  trzydziestu, czterdziestu dekagramów każda, to spore osiągnięcie. Biorąc pod uwagę fakt, że w zasadzie, to wcale nie łowiłem, ale grałem w kości, to naprawdę imponujący wynik.

Szwagier wrócił około godziny 23.00 z pełną siatką ryb. Były w niej uklejki, płocie, krąpie i jeden kleń ważący mniej więcej dwadzieścia pięć dekagramów. Podał mi siatkę gestem zwycięscy. Ja mu na to spokojnie, bez emocji, pokazałem swój "urobek". Dobrze, że było ciemno, bo zapewne zobaczyłbym bladość oblicza szwagra. W tej kwestii, Marek był zawsze zazdrosny, a to jedyna dziedzina, która, jak to się potocznie mówi, mnie zwisała. Łowiłem, jak były sprzyjające warunki i nigdy się do tego specjalnie nie przygotowywałem, jak też nie przywiązywałem żadnej wagi do celebrowania tej czynności. Można powiedzieć, że robiłem to od niechcenia, osiągając przy tym niekiedy imponujące wyniki,  wywołujące u mojego szwagra uczucie zazdrości. Tak było i tym razem.

Całe szczęście, że wysunęliśmy się jeszcze bardziej na kotwicy, bo w nocy zeszła woda o jakieś pół metra. Rano staliśmy tak, jakbyśmy wcale się stąd nie ruszali, rufą do brzegu.

Woziliśmy ze sobą taki mały, walizkowy grill. Złowione ryby musiały być zagospodarowane, toteż postanowiliśmy je na nim przyrządzić.

Grillujemy: nie tylko ryby...

Ula, jako nasz naczelny kuk, zajęła się tą sprawą. Niestety, w Bieszczadach pogoda jest zmienna i bardzo niestabilna. W trakcie grillowania zaczęło lać. Na szczęście usłużny brat posłużył jej parasolem.

koniec grillowania, już w deszczu.

Wieczorem przezornie wysunęliśmy się też na kotwicy, ale rankiem następnego dnia, woda przybrała i dzieliła nas od brzegu odległość kilku metrów, a nasz śledź trzymający cumę rufową, znajdował się już pod wodą. Na szczęście około 10.00 pogoda się poprawiła i mogliśmy wypłynąć. Popłynęliśmy w kierunku ujścia Sanu. Po drodze mijaliśmy fajnie nazwane zatoki: Viktoriniego (Włocha, który upodobał sobie jezioro i zbudował tu swoje siedlisko nad zatoką, której nadano nazwę od jego nazwiska - mieliśmy przyjemność poznać osobiście tego pana), zatoka Suchego Drzewa, Węża, Baranich rogów. Wreszcie stanęliśmy w ośrodku LOK w miejscowości Chrewt.

Postój w ośrodku LOK w ujściu Czarnego.

Piękne miejsce i ludzie sprawujący funkcje w tym ośrodku, bardzo mili. Następny dzień. Przenieśliśmy się, mijając "przystań szeryfa" nieco dalej w kierunku odnogi Sanu. Miejsce dzikie, przy brzegu jakiejś łąki. Rzuciłem tu, jak zwykle swoją wędkę. Coś dużego na nią wzięło, bo usłyszałem straszne telepania szczytówką. Kiedy wynurzyłem się z forluku, żeby zaciąć, stwierdziłem, że żyłka ze środka jeziora, przemieściła się pod brzeg. Haczyk został odcięty. To coś musiało mieć zęby. Może to miejscowy potwór (wzorujący się na Nessi?)

Rano podjęliśmy decyzję, że przemieścimy się na powrót do zatoki Karpiowej, a następnie popłyniemy w drugą odnogę, do Wołkowyi. Tak też uczynilśmy.  Podróż była całkiem miła, zważywszy, że towarzyszyły nam inne żaglówki. Nastał bowiem weekend. Zjechali tu Rzeszowiacy i Krakowianie, by spędzić na wodzie wolny czas. Choć preferowaliśmy zawsze ciszę i spokój, niekiedy fajnie jest obcować z innymi żeglarzami. Minęliśmy zatłoczoną wyspę Energetyków koło Polańczyka i popłynęliśmy dalej, aż do Wołkowyi.

Wiedziałem, że udając się w Bieszczady, należy zaopatrzyć się w solidne buty gumowe. Padające tu często ulewne deszcze, rozmywają w mig ciężką, gliniastą ziemię, po której nie da się chodzić w normalnym obuwiu. Dobrze, że byliśmy tak zaopatrzeni. Niski stan wody spowodował, że do miejscowości, nagle zrobiło się daleko. Trzeba było przejść spory kawałek po dnie jeziora. Sama miejscowość, to zabita deskami wieś, gdzie funkcjonował jakiś sklepik i bar, ale ten był czynny dopiero w sezonie, który właśnie miał się zacząć. Wróciliśmy zaopatrzeni w wiktuały i odbiliśmy od nadzwyczaj niegościnnego (właśnie z powodu niskiego stanu wody) brzegu. Popłynęliśmy do nieodległej zatoki Wisielca (ach, te tutejsze nazwy!), gdzie brzeg był wystarczająco stromy, byśmy nie musieli się obawiać, że nazajutrz obudzimy się w jachcie, osiadającym na plaży. Ranek był wietrzny. Postawiliśmy więc tylko foka i ruszyliśmy w kierunku Polańczyka. Dotarliśmy tam w dwie godziny, ale złapała nas ulewa. Byliśmy na to przygotowani. Mieliśmy na sobie stroje przeciwdeszczowe. Na szczęście było ciepło.

Przybiliśmy do wolnego miejsca przy pomoście w marinie Polańczyk z zamiarem uzupełnienia zapasów, szybkiego, pobieżnego zwidzenia miejscowości i wypłynięcia dalej. Poszedłem do widocznej z powodu znacznego wyniesienia nad poziom innych budynków, oszklonej bosmanki, by zgłosić nasz krótki pobyt i zapytać o ewentualną odpłatność. Bosman, jak zwykle bardzo miły człowiek (zastanawiam się czemu bosmani wszystkich marin są zazwyczaj takimi miłymi i otwartymi ludźmi, czyżby byli specjalnie dobierani do tej funkcji?) stanowczo zaoponował przeciwko naszym zamiarom. Stwierdził bardzo grzecznie, ale stanowczo, że jest to miejsce rezydenta, który wypłynął na jezioro i w każdej chwili może wrócić. Zebrałem się na żart. Powiedziałem:
- Panie bosman. Widzisz tego faceta w niebieskiej kurtce z kapturem?
- Tego nieogolonego wielkoluda? spytał bosman.
- Tak, o tego chodzi. To mój szwagier!
- O! to przepraszam, odrzekł bosman udając przestraszonego.
- możecie stać tu najwyżej dwie godziny. Jak przypłynie rezydent, postawimy go przy waszym jachcie, a potem przestawimy na miejsce.
Tak więc "załatwiłem" chwilowe cumowanie przy pomoście, "strasząc" bosmana Markiem. Kiedy wróciłem i opowiedziałem tę historyjkę pozostałym członkom załogi, trochę się uśmiali, ale Marek wrócił na jacht, żeby się ogolić.

Kiedy wróciliśmy z Polańczyka, właściciela miejsca przy pomoście jeszcze nie było, ale kiedy odbiliśmy, zjawił się. Minęliśmy się jakieś sto metrów od przystani. To się nazywa mieć szczęście!

Stanęliśmy przy półwyspie Werlas. Była tu dobra do kąpieli plaża. Inni żeglarze też korzystali z tego miejsca.

Będzie padać, czy nie? 
.. e, chyba nie. Wykapię się.
Jestem pewien. Wykąpię się!
Trochę zimna ta woda!
Fajnie, że się zdecydowałem - wykrzykiwał Marek!

 Wieczór wygonił naszych towarzyszy. My zostaliśmy. Rano jeszcze raz popłynęliśmy do przystani Jawor. Weszliśmy na zaporę, z której można zaobserwować ławicę ogromnych ryb, pływających w przejrzystej wodzie. Pływają tu bezpiecznie, bo obowiązuje zakaz łowienia z zapory. Znów poszliśmy na camping i usłyszawszy "Zielone wzgórza nad Soliną", zobaczywszy kiczowate kartki okolicznościowe z zielonymi damskimi biustami z nadrukiem: " Pozdrowienia z zielonych wzgórz nad Soliną" i wiele innych tandetnych pamiątek, z niesmakiem oddaliliśmy się z tego miejsca. Wróciliśmy na sprawdzone miejsce nad zatoką Karpiową. Niestety, nasze stanowisko było już zajęte. Marek był niepocieszony, ale ja starałem się mu wyperswadować, że miejsce nie jest ważne. Ważne jest nastawienie. Zrobiliśmy tak, jak kiedyś na Jezioraku. Zdjęliśmy achtersztag i łowiliśmy z rufy, zresztą z marnymi wynikami.

Rano przepłynęliśmy na drugą stronę zatoki, na pagajach. Nasze dawne miejsce zwolniło się. Potrzebne nam było do uporządkowania łodzi i przygotowania jej do zdania. Rano wróciliśmy do Teleśnicy Oszwarowej. Miła pani, która wydawała nam łódź, nie szczędziła nam komplementów za stan oddawanego jachtu. Nie powiem, było nam miło.