piątek, 3 lutego 2017

Wygodnym baksztagiem~04 Mazury - cz.3.


Nazajutrz wyruszyliśmy na tak zwany Łabędzi szlak. Zaczynał się od małej przystani w zatoce Zimny Kąt. Nocleg w tym miejscu byłby nawet przyjemny, gdyby nie zaczęły się nam dawać we znaki bolączki Mazur. Śmietniki były pełne. Nikt ich nie opróżniał na czas, toteż wokół leżały porozrzucane śmieci. Toy-Toye, śmierdziały na odległość, więc ludzie chodzili w krzaki. My mieliśmy saperki, ale większość żeglarzy nie fatygowała się z zakopywaniem własnych ekskrementów. Trzeba było mocno uważać, żeby w coś nie wdepnąć. Płynięcie „Łabędzim szlakiem zrekompensowało przykre wrażenia z noclegu w Zimnym Kącie. Zaplanowaliśmy kolejny postój. To mała marina, usytuowana tuż za mostem obrotowym w Giżycku. Musieliśmy tam popłynąć, bo zostały nam już resztki paliwa i skończyły się zapasy żywności. Zorza znów na sznurku! 

 Kanał Giżycki

 

Płyniemy sobie kanałem Giżyckim i w samym centrum, jeszcze przed mostem widzimy wybetonowaną zatokę, a na jej środku wielki znak „P” Ucieszyliśmy się, bo stąd było blisko do miasta i nie trzeba było czekać na otwarcie mostu. Okazało się, że zastawiono na nas klasyczną pułapkę. Wielkie „P” a pod nim mała tabliczka z napisem „Dotyczy statków żeglugi Mazurskiej”. Tabliczki już nie zauważyliśmy, zaślepieni radością, że trafiła nam się okazja w postaci nie zajętej zatoki. Stanęliśmy. Jeszcze nie zdążyliśmy zamknąć łodzi, kiedy pojawili się inspektorzy żeglugi śródlądowej. Wlepili nam po mandacie za cumowanie w niedozwolonym miejscu. Byli głusi na nasze tłumaczenia i sugestie, że powinni ustawić tu znak zakazu cumowania z tabliczką, że nie dotyczy statków Żeglugi Mazurskiej, wtedy nikt by się nie pomylił. Widać było jednak, że właśnie na takich nowicjuszy jak my polowali inspektorzy. Ogólne wrażenie z rejsu szlakiem łabędzim prysło jak bańka mydlana. Pomstując na naszych „oprawców”, przemieściliśmy się za most obrotowy, do maleńkiej mariny, gdzie wcześniej planowaliśmy się zatrzymać. Zostaliśmy tam godzinę, by zrobić zaopatrzenie, po czym wróciliśmy na przystań Almaturu na Kisajnie, bo było tam luźniej niż w Giżycku.

Giżycko. Na małej przystani

 
Było bardzo przyjemnie. Poznaliśmy tam bardzo miłych ludzi, z którymi, przy grillu spędziliśmy całą noc, przyśpiewując i gawędząc. Kolejny dzień to kolejny rejs Kanałem Giżyckim.
Tym razem zrobiliśmy sobie krótki postój w marinie turystycznej, po lewej stronie od wyjścia z kanału. Tu już szpan żeglarski. Tłok taki, że można było już stanąć tylko przy falochronach. 

Giżycko - przystań 

 
Bosman pozwolił, więc zamknęliśmy łodzie i poszliśmy na zakupy. Trwało to raptem ze dwie godziny.

 
Giżycko - zakupy


Bosman skasował nas za pół dnia. Hałas i durny szpan, tak nas zbrzydziły, że postanowiliśmy uciekać stąd jak najdalej!

Ignacy próbował wyjść na silniku, ale mimo że zapalił na pierwsze szarpnięcie, nie ciągnął. Okazało się, że podczas naszej nieobecności, ktoś ukradł śrubę. Bosman nie poczuwał się do odpowiedzialności. Ignacy wściekły, wyszedł z portu na żaglach. Ja na silniku. Postawiliśmy grota i płyniemy sobie powoli w fordewindzie (wietrze wiejącym od rufy). Bom wyrzucony na prawą stronę opierał się o wanty. Łódka spokojnie mknęła po Niegocinie, kiedy Ignacy zapodał, że chętnie jeszcze odwiedzi twierdzę i wzgórze Brunona w Giżycku. Zacząłem robić zwrot i skonstatowałem, że nie mam założonej talii! Chyba splot ostatnich wydarzeń: mandaty, kradzież śruby z silnika Zorzy tak mnie rozkojarzyły, że popełniłem  kardynalny błąd. Wyśmiały mnie obie załogi, a ja dotąd przełykam ten gorzki wstyd.

Noc spędziliśmy przy wzgórzu Brunona. Okazuje się, że w tym miejscu też cumuje zazwyczaj dużo łodzi, ale tu na szczęście przybijali skromni żeglarze, nie szpanerzy. Znów było przyjemnie. Siedzieliśmy długo przy ognisku.

Kolejny postój wypadł nam znów na Jagodnym. Tu zorganizowane pole namiotowe, przypominające to w Zimnym Kącie. Zaśmiecone i zapaskudzone krzaki. Zapach, bynajmniej nie soir de Paris.

Ignacy, po utracie śruby, znów był skazany na sznurek za Jutrzenką. Wszystkie kanały, aż do j. Tałty przemierzyliśmy w rządku, a załoga Zorzy musiała wąchać spaliny z naszego silnika. Uwolniony wreszcie z holu Ignacy, na j. Tałty postawił żagle i pływał, jak pies spuszczony z łańcucha, bez ładu i składu. Umówiliśmy się, że zatrzymamy się u nasady półwyspu oddzielającego jeziora Tałty od Ryńskiego. Było tam źródełko i ładne miejsce na ognisko. Podpływając do wybranego na cumowanie miejsca, zobaczyliśmy dryfujące po powierzchni wody kawałki styropianu. Szwagier, jako doświadczony, wędkarz, natychmiast orzekł, że to „pupy” zastawione przez kłusownika. Zarządził, że powinniśmy pomanewrować po zatoczce i zdjąć je. Już na pierwszej, którą szwagier chwycił bosakiem, był węgorz. Marta siedziała sobie spokojnie w kokpicie, kiedy Marek wrzucił na jego podłogę złowioną rybę. Widzieliście kiedyś kobietę, która w panicznym strachu przed myszą, zadzierając kieckę i wrzeszcząc na całe gardło, wskakuje na stół? Tak zrobiła Marta. Wrzeszcząc na męża, że ma TO zabrać, bo się wije, wskoczyła na dek, zawzięcie przy tym tupiąc. Mieliśmy niezły ubaw. Węgorze były trzy i cztery okonie. Zniszczyliśmy około dziesięciu kłusowniczych narzędzi. Szwagier czuł się dumny i zadowolony, bo nie łowiąc, złowił.

Przybiliśmy do brzegu. Było jeszcze przed południem. Obiad był wczorajszy, tylko do odgrzania, drewna na ognisko leżało wokół sporo, więc postanowiliśmy we dwóch, udać się do oddalonej o pięć kilometrów miejscowości, by zaopatrzyć się w piwo (no bo rybka lubi pływać i żeby nie pomyślała, że ją pies zjadł). Szliśmy wertepami a potem nędznym asfaltem, Doszliśmy do jakiejś wsi i pytamy „tambylca” gdzie jest sklep. Wskazał, ale na drzwiach wisiała kartka, że od wczoraj, przez następne dziesięć dni, sklep będzie nieczynny, a najbliższy jest w sąsiedniej miejscowości, oddalonej o pięć kilometrów. Poszliśmy. Tam się okazało, że owszem, sklep jest, ale czynny od godziny 7.00 do 10.00, potem od 18.00 do 20.00. Spytany przechodzień wskazał kolejną miejscowość, oddaloną (a jakże) o pięć kilometrów, gdzie są aż dwa sklepy i oba czynne przez cały dzień. Poszliśmy. Piwo było. Wypiliśmy po dwie pękate buteleczki o pojemności 0,33l, siedząc przed sklepem. Nie pamiętam już nazwy tego wyrobu, ale nie był najwyższych lotów. Na bezrybiu i rak ryba, mówi przysłowie, więc nie narzekając, piliśmy. Wzięliśmy też ze sobą, każdy po pięć butelek, by poczęstować Ignacego i Jolę, którzy też lubią piwo. Nie wzięliśmy wszakże pod uwagę, że czeka nas piętnastokilometrowy marsz z siateczkami w ręce. Pogoda była taka sobie. Wiał lekki wiaterek, słońce, raz po raz skrywało się za chmurę, ale nie groziło deszczem. Szliśmy, a niesione w siateczkach piwo, coraz bardziej nam ciążyło. Po siedmiu kilometrach doszliśmy do wniosku, że jeśli wypijemy po jednym, to jeszcze nam zostanie na poczęstunek. Kolejne przebyte kilometry wpłynęły na wzrost pragnienia. Kiedy doszliśmy do celu. Nie było ani piwa, ani siatek. Na szczęście Ignacy popłynął do tej samej miejscowości, łodzią. Tam zrobił zakupy i to on nas, nie my jego, częstował. Starczyło na wieczór.

Ignacy stroi gitarę
                                                   


  
Wieczorne ognisko. Wyciągnęliśmy z łódek gitary. Wypite procenty i trzydziestokilometrowy marsz podziałały na mnie w piorunujący sposób. Po zaśpiewaniu kolejnej harcerskiej piosenki uderzyłem w płacz. Szlochałem tak mocno, że wzbudziłem w pozostałych uczestnikach imprezy współczucie. Czemu tak płaczesz? Pytali. Kiedy już mi trochę przeszło, zamierzyłem się gitarą, żeby wrzucić ją w ogień. Ula złapała instrument, a mnie zaprowadziła do jachtu. Rano wszyscy byli ciekawi, co mi się stało?
Dopadł mnie kryzys wieku średniego. Zdałem sobie właśnie sprawę, że mam już czterdzieści lat, a wciąż śpiewam harcerskie, młodzieńcze piosenki. Na tym ognisku uświadomiłem sobie, że nie jestem już młodzieńcem, a panem w słusznym wieku. Ten kryzys męczył mnie prawie rok.

Do Rynu dopłynęliśmy bez przeszkód. Zdawanie łodzi było niemiłe. Mieliśmy uzasadnione pretensje. Ignacy przedstawił rachunki za naprawy. Bosman przeczytał dzienniki pokładowe, skonfrontował ze stanem łodzi i po skontaktowaniu się z ich właścicielem, zwrócił Ignacemu pieniądze za naprawy, a wszystkim nam zdeponowane na początku rejsu kaucje. O śrubie była mowa, ale darowano nam jej brak, w obawie, że wytoczymy właścicielom proces, za niewłaściwe przygotowanie jachtów do czarteru i zepsuty urlop.

Po tym rejsie, Ignacy, który jest perfekcjonistą, obiecał sobie, że już nigdy nie weźmie niczego w czarter. Woli odłożyć i pożyczyć resztę pieniędzy, by wybudować sobie własną łódź. Tak też zrobił. Jest właścicielem Fokusa 650, do którego kupił gotowe skorupy i sam dokończył budowę. Teraz nic mu nie cieknie na głowę i nic się nie urywa, bo zawczasu usuwa wszelkie, nawet drobne usterki, a żona Jola wymuskała wnętrze tak, że jest przyjemne, czyste i pachnące.

Ja, po tym rejsie, poszerzyłem objętość reperaturki (jak kto woli – skrzynki bosmańskiej), w której woziłem odtąd cały „warsztat”, jak się śmiali napotkani na szlaku żeglarze, którym udzielałem za pomocą tego „warsztatu” pomocy.
  

Reasumując: Jeziora Mazurskie są piękne, choć moim zdaniem przereklamowane.
Panujący na nich tłok, wszechobecna komercja, gdzie wyciąga się z żeglarza każdy grosz, za byle jaką usługę (BA! przysługę nawet), no i ta bezprzykładna łapanka na znak żeglugowy, jak również kradzież w biały dzień, w strzeżonej, płatnej marinie śruby do silnika, bardzo źle wpłynęły na nasz odbiór tego rejsu.

Nie wiem, czy firma czarterująca opisane łodzie jeszcze istnieje. Myślę, że nie, bo właściciele pewnie spalili się ze wstydu, czytając nasze wpisy do dzienników pokładowych Zorzy i Jutrzenki. Same jachty z całą pewnością też już nie istnieją. Od naszego rejsu minęło wszakże wiele lat, a łodzie już wówczas były w złym stanie.

Przyroda, owszem przepiękna, ale z powodu braków w infrastrukturze i organizacji odbioru odpadów z jachtów, a także z powodu niedostatecznej kultury turystów, brzegi jezior są zaśmiecone i bezprzykładnie zasrane (specjalnie użyłem tu dosadnego określenia, bo odzwierciedla faktyczny stan dewastacji brzegów).

Nie wiem, jak jest obecnie na Mazurach. Kreuje się je na „Cud natury”. Przyrodniczo, zgadzam się, organizacyjnie? Nie! Jakoś nie mam ochoty ponownie spróbować...
 

piątek, 27 stycznia 2017

Wygodnym baksztagiem~04 Mazury - cz.2.


Kiedy na pokład wróciło zdrowie i wszyscy mieli suche rzeczy w łodziach, zaczęliśmy myśleć o zepsutym silniku na Zorzy. Przez przesmyk między jeziorami wpłynęliśmy na Kisajno. Tam w okolicy przystani Almaturu zatrzymaliśmy się, bo w sąsiedztwie był profesjonalny warsztat naprawy silników do łodzi. Ignacy zlecił usługę i zdenerwowany, gryząc paznokcie, czekał na jej wynik.

W oczekiwaniu na silnik

Kisajno, to duże jezioro. Niebo przybrało amarantowy kolor. Po całym dniu żeglugi, wybraliśmy miejsce na nocleg, na półwyspie o nazwie Fulędzki Róg. Las grądowy, pełen komarów, niewygodne zejście na ląd, płytkie podejście do brzegu. Kicha! Przybiliśmy w końcu, bo nie znaleźliśmy niczego lepszego, a dnia zostało już niewiele. My pierwsi, za nami drugi jacht. Kiedy już kotwice były w wodzie, my przebrani, Ignac rzucił wędkę i natychmiast wyciągnął dorodną wzdręgę. Wrzucił ponownie. I znów po sekundzie była na haczyku ryba. Popatrzyliśmy na wodę za rufą Zorzy i zdziwiliśmy się. W odległości rzutu wędką „gotowało się” Jakaś ogromna ławica krasnopiórek podpłynęła w to miejsce i żerowała. Wyciągnąłem swoją wędkę, Marek swoją i jeszcze jedną dał siostrze. Stanęliśmy we czworo. Pozostałe osoby lepiły kulki z chleba, które stanowiły przynętę. Szwagrem targały takie emocje, że poplątał wędkę przy trzecim rzucie. Zanim ją rozplątał, pozostała trójka skończyła rybobranie, bo nałowiliśmy dwie duże miski wzdręg, z których najmniejsza miała około 30 cm. Dalsze łowienie nie miało już sensu, bo i tak nikt by tylu ryb nie zjadł. Te złapane i tak starczyły nam na trzy posiłki (w każdej łodzi osobno). Do dziś nie wiem, co to mogło być. Takie zjawisko widziałem tylko jeden, jedyny raz. Marek do dziś nie może sobie darować, że tak krótko mógł łowić.

Kolejny dzień zapowiadał się pięknie. Ranek był pogodny, wiał bardzo lekki wiaterek. Odbiliśmy od brzegu, wyciągnęliśmy się na kotwicy i po postawieniu żagli skierowaliśmy się na Dobskie. Bardzo ciekawe to jezioro. Na jego środku jest wyspa o nazwie Wysoki Ostrów, zasiedlona przez kormorany. Zajęły całą wyspę, która z tego powodu wyglądała fatalnie. Gałęzie pozostawały nagie, gdyż liście zostały spalone odchodami. Podnóże pokrywał gruby kożuch guana. Już w znacznej odległości od wyspy słychać było odgłosy ptasich rozhoworów. Statki białej floty opływały ten kawałek lądu powoli, by turyści zdążyli zrobić zdjęcia i przez lornetki pooglądać kolonię. My, po opłynięciu wyspy, skierowaliśmy się na przeciwległy brzeg i tam stanęliśmy na nocleg.

Była noc Kupały. W sąsiedniej miejscowości o nazwie Doba, odbywały się związane z ta nocą zabawy. Do rana słychać było muzykę, widać było ogniska. Wianki puszczono na wodę chyba o północy, bo rozpłynęły się po całym jeziorze.
 

  Pomost wędkarski


Następnego dnia, gdzieś o 11.00 zbudził się wiatr. Wiał korzystnie z lewego baksztagu. Popłynęliśmy do Sztynortu.
W miejscowości tej jest jedna z większych marin na szlaku Wielkich Jezior. Kiedy weszliśmy na jezioro Sztynorckie, od razu zauważyliśmy charakterystyczną bosmankę i rząd pomostów.
Przybiliśmy tak, żeby być obok siebie, ale jednak osobno. Ignacy zagadał Bosmana, czy by nie udało się naprawić wadliwego miecza. Bosman podjął się zadania, pod warunkiem, że pomożemy położyć łódź na slipie tak, by dało się zdemontować rzeczony miecz. Czynności wyształowania Zorzy, położenia jej na slipie, wyjęcia miecza, naprostowania go i ponownego założenia, oraz zaształowania, trwały aż do wieczora. Nocowaliśmy w Sztynorcie. Przedtem była wizyta w kultowej Zęzie – tawernie żeglarskiej w piwnicy sąsiadującego z przystanią domu. Faktycznie, takiej atmosfery nie spotka się nigdzie. Obejrzeliśmy też XVII wieczny pałac rodu Lehndorff w tej miejscowości. Ciekawostką okazał się też stojący na lądzie wrak jachtu, który, jak głosiła miejscowa legenda, był podarkiem Wiesława Gomółki dla Chruszczowa. Czemu znalazł się w Sztynorcie? - Zadawaliśmy sobie pytanie. Pozostało bez odpowiedzi.
Przystań w Sztynorcie

 
Nazajutrz wyszliśmy na jezioro Dargin, kierując się w kierunku jeziora Mamry. Wiał silny wiatr. Był korzystny, więc postawiłem tylko fok marszowy i tak z dużą szybkością gnałem po wodzie. Ignacy postawił tylko grot i walczył z przechyłami, ale nie zmienił decyzji aż do pomostu usytuowanego przy moście przez cieśninę na jezioro Kirsajty. Musieliśmy tu stanąć, by położyć maszty. Za mostem postawiliśmy je ponownie i ruszyliśmy dalej. Mieliśmy zamiar wejść na Mamry i popłynąć na Święcajty. Niestety silny wiatr z prawego bajdewindu pokrzyżował nasze plany. Ignacy miał silnik zawieszony na prawej pawęży, my, na lewej. Po wyjściu zza osłony lasu na półwyspie Kurka Ignac pomagał sobie  silnikiem i udało mu się, za to nam nie, gdyż przechył zatapiał silnik. Groziło to jego zalaniem i uszkodzeniem.

Postanowiliśmy poczekać aż wiatr nieco ucichnie. Stanęliśmy przy półwyspie Kurka i tu zrobiliśmy sobie obiad. Rzeczywiście, pod wieczór wiatr nieco odpuścił i jednym susem weszliśmy na Mamry. Rodzina naszych przyjaciół czekała na nas w przesmyku między Mamrami a j. Święcajty. Popłynęliśmy w tamtą stronę. Pamiętam, że ciężka przecież Venus płynęła z taką szybkością, na pełnych żaglach, że motorówka płynąca za nami w ślizgu, długo nie mogła nas dogonić. Zastaliśmy naszych towarzyszy siedzących na deku z minami na kwintę. Okazało się, że niby naprawiony miecz nadal jest krzywy i wprawdzie dał się schować do skrzynki mieczowej, ale nie można go teraz wypuścić. Wymyśliliśmy, że przewiercimy otwór w stole, stanowiącym nakrycie skrzynki mieczowej i przez ten otwór będzie można metalowym prętem popychać miecz, kiedy zechce się go wypuścić. Działało do końca rejsu.

Spaliśmy w przesmyku. Rano wyszliśmy na Święcajty. Na środku jeziora dopadła nas potężna burza. Pioruny waliły z takim łoskotem, że aż strach było płynąć. Byliśmy na środku rozległej wody, nie było gdzie się schować. Postawiliśmy foki sztormowe i kręciliśmy się po wodzie tam i sam, bez celu, żeby tylko przetrwać nawałnicę. Po wszystkim przybiliśmy do betonowego pomostu na polu namiotowym, skąd było około dwóch kilometrów do Węgorzewa. Nazajutrz, w niedzielę poszliśmy pieszo zwiedzać miasto. Przedtem skorzystaliśmy z dobrodziejstw cywilizacji i poszliśmy „na kafelki”.

Pamiętam, że Jola gotowała obiad, kiedy obok przycumowanych łódek, z dużą szybkością przepłynął kuter Mazurskiej Straży Patrolowej, wzbudzając fale. Jola wyskoczyła z tłuczkiem na ziemniaki na pokład, wygrażała marynarzom, nie przebierając w słowach. Zignorowali ją, choć doskonale wiedzieli o co chodzi.



Na Święcajtach
 O tego momentu zaczynał się nasz powrót do Rynu. Pogoda znów się popsuła. Gnani niekorzystnym wiatrem od dziobu, popłynęliśmy z powrotem na jezioro Dargin. Na szczęście wieczorem wiatr ucichł, a my siadłszy na dekach, łowiliśmy ryby. Tym razem były to dorodne płocie, które, jak wzdręgi brały na kulki z chleba. Chyba nigdzie więcej ryby nie dają się już na ten chlebek nabrać, tylko tu. Mieliśmy częste brania, ale szału nie było! Nie powtórzyła się historia sprzed kilku dni.

Na ostatnią, trzecią część opowieści z Mazur, zapraszam za tydzień.








piątek, 20 stycznia 2017

Wygodnym baksztagiem~04. Mazury cz. 1.


Zakończenie rejsu Jeziorakiem w 1992 roku, przyniosło nam rozwiązanie zagadki, gdzie spędzimy kolejny urlop. Już w Iławie dowiedzieliśmy się, że w 1993 roku, będziemy pływać na Mazurach.

Firma czarterująca znajdowała się w głębi lądu, a przystań z której odbieraliśmy łodzie, była w Rynie. Postanowiliśmy, że eksplorować będziemy północną część Wielkich Jezior.

Pisałem w pierwszym rozdziale, że w 1988 roku stałem się właścicielem Maka 444 i pływałem nim do końca sezonu żeglarskiego po Niesłyszu. W tym czasie zaprosiłem na jego pokład mojego kolegę, z którym od jakiegoś czasu związany byłem wspólnym zamiłowaniem do wodniactwa. Ignacy wcześniej pływał ze mną na spływy kajakowe, więc chętnie wybrał się na żagle. Okazało się, że jest to samorodny talent żeglarski. Wsiadł na żaglówkę, popatrzył, jak operuję żaglami i poprosił o ster. Pływał tak, jakby robił to od zawsze. Nie dawałem wiary jego zapewnieniom, że steruje żaglówką pierwszy raz w życiu. 1991rok, Ignacy wykorzystał na kurs żeglarski. Teraz, z niewielką praktyką żeglarską „wskoczył na głęboką wodę”, wyczarterował, wraz z nami drugą Venuskę. Właściciele zgodzili się na to, mimo że nie legitymował się patentem sternika jachtowego. Miał patent żeglarza.

Był czerwiec 1993 roku. Wystartowaliśmy z Zielonej Góry dwoma samochodami. W jednym nasza stała ekipa, w drugim Ignacy z żoną Jolą i dwoma nastoletnimi córkami.

Gubiliśmy się po drodze. Za Toruniem uzgodniliśmy, że każdy jedzie swoim tempem i spotkamy się przy tablicy miejscowości RYN. Tak też zrobiliśmy. Na przystań zajechaliśmy wspólnie.

Przy pomoście stały dwie łodzie żaglowe typu Venus, obie z silnikami 8 KM typu Wietierok (produkcji radzieckiej, bo tylko takie były wówczas dostępne). Zrobiliśmy losowanie. Ignacemu przypadła Zorza, nam Jutrzenka. Jak się okazało, to losowanie było kluczowym momentem w tym czarterze.
Zorza i Jutrzenka
Niczego jeszcze nie podejrzewając, zaształowaliśmy łodzie, ustawiliśmy auta na parkingu, załatwiliśmy do końca sprawy formalne umowy czarteru, które w imieniu firmy czarterującej, załatwił z nami miejscowy bosman. Pod wieczór udaliśmy się do Rynu, by zwiedzić tę miejscowość.

Ranek był mglisty i prawie bezwietrzny. Odpłynęliśmy na silnikach. Sprawdziliśmy w ten sposób ich sprawność techniczną. Nasz słabo odpalał, ale w końcu, po kilku szarpnięciach, zagdakał. Gdzieś na wysokości wyspy, na jeziorze Ryńskim ruszył wiatr i to z prawego baksztagu. Bardzo wygodnie popchał nas przez Tałty, w okolicę kanału na jezioro Jagodne, gdzie się kierowaliśmy.

Ignacy popłynął pierwszy. Umówiliśmy się, że w okolicy wejścia do kanału, złożymy maszty i na silnikach popłyniemy dalej, ale…

Kiedy na Zorzy odstawiono żagle, odpalono silnik i przystąpiono do składania masztu, nagle silnik zgasł. Ignacy szarpał co sił, bezskutecznie. Wiatr wepchnął go głęboko w trzciny jakiś kilometr poniżej wejścia do kanału. Błąd Ignacego, spowodowany był brakiem doświadczenia. Miał na pokładzie kotwicę. Gdyby z niej skorzystał, nie wylądował by tak głęboko w zaroślach. Maszt postawił ponownie i tylko dzięki temu mogliśmy go zlokalizować. Podpłynęliśmy na żaglach. Nie mogliśmy dorzucić rzutką. Lina była zbyt krótka, no i przeszkadzała roślinność. Uruchomiliśmy (z trudnościami) silnik i po odstawieniu żagli wpłynęliśmy najgłębiej jak się dało w trzciny. Ignac chwycił linę, zaknagował na dziobie swojej łódki i bosakiem pomógł nam ruszyć z miejsca. Wodorosty zwijały się na śrubie, ale wywlekliśmy obie łodzie poza pas zarośli. Tam rzuciliśmy kotwice i położyliśmy maszty. Dobrze powiedzieć położyliśmy! Sztag był zapięty na tak zwaną agrafkę. Po wyluzowaniu ściągaczy want i po odpięciu bomu, można było kłaść maszt na drewniane cęgi, które były na wyposażeniu jachtu. Omówiliśmy wcześniej cały manewr, ale nagle, podczas kładzenia zawiał szkwalisty wiatr. Przechylił łódź. Marek, który operował sztagiem, zachwiał się i drzewce runęło mi na głowę. Całe szczęście, że Marta, widząc co się dzieje zamortyzowała siłę uderzenia, chwytając spadający maszt. Dzięki temu oberwałem w plecy, nie w głowę, ale jak nigdy, zakląłem. Siarczyście zakląłem. Wprawiłem tym w zdumienie obie załogi. Adrenalina złagodziła ból. Kontynuowaliśmy dzieło. Kiedy już obie łodzie były gotowe do wejścia w kanał, rozpocząłem holowanie. Rozłączyliśmy się dopiero po wyjściu na jezioro Jagodne. Tam płynęliśmy już na żaglach.


 Kanał Mioduński


Na Jagodnym, w zacisznej zatoczce, w pewnym oddaleniu od szlaku, stanęliśmy na nocleg.

Rano mężczyźni, zabrali się do naprawy silnika z Zorzy. Ponieważ dysponowaliśmy mocno ograniczonym zestawem narzędzi, nasze zabiegi, nie przyniosły rezultatu. Uzgodniliśmy, że będę ciągał Zorzę tak długo, aż znajdzie się warsztat, który naprawi uszkodzenie (tu przyszło nam do głowy Giżycko).

To nie był koniec kłopotów z Zorzą. Oba jachty posiadały dzienniki pokładowe, w których czarterobiorcy wpisywali swoje uwagi i spostrzeżenia. Po lekturze okazało się, że obie łodzie mają usterki zgłaszane już wcześniej, czasami nawet dwa lata temu. Wyglądało na to, że nikt nie przywiązywał do tego wagi, a wspomniane dzienniki nawet nie były czytane przez właścicieli. Dowiedzieliśmy się z nich, że łodzie ciekną z góry, przez wentylatory, przez forluki i przez nieszczelne bulaje (okienka), a Zorza ma krzywy miecz, który nie daje się wybrać do końca. Ignacy płynął w baksztagu przez Tałty na lekko wybranym mieczu. Potem pozostawił go w tej pozycji przy holowaniu i dopiero po przeczytaniu tej informacji dowiedział się, że nie będzie mógł go wybrać całkowicie, co skutkowało znacznym zanurzeniem i brakiem możliwości dochodzenia do brzegów jezior „na dziko”. Ten mankament też udało nam się złagodzić. My przybijaliśmy Jutrzenką najbliżej brzegu, a Zorza cumowała do nas. Nasza łódź była pomostem. Marek miał ze sobą wodery, więc robił za tragarza i wynosił dziewczyny na plecach, na ląd. Mężczyźni musieli moczyć nogi…


Marek robi za „donosiciela”

Z Jagodnego popłynęliśmy dalej. W kanałach holowałem, zaś jeziora pokonywaliśmy osobno, na żaglach.

Pogoda nie rozpieszczała nas od samego początku. Było zimno i deszczowo.  Kiedy przytrafiła się ulewa, układaliśmy szmaty, ręczniki, a w miejsca pod wentylatorami i forlukami podstawialiśmy garnki i miski.

Niegocin pokonywaliśmy z konieczności farwaterem (torem wodnym, wyznaczonym bojami) gdyż jezioro zasnuła gęsta mgła. Tak gęsta, że kolejną boję mogliśmy zobaczyć dopiero, po oddaleniu się kawałek od poprzedniej. Przed Giżyckiem odbiliśmy w lewo, na Wilkasy i przez Kanał Niegociński przedostaliśmy się na Tajty. Tam, przy wylocie kanału było pole namiotowe. O tej porze roku stało jeszcze puste. Były czyste toy-toye, woda w kranie za darmo i wiaty kuchenne. Zostaliśmy w tym miejscu dwa dni, robiąc piesze wycieczki do Giżycka.

Incydent ze spadającym mi na plecy masztem, nie pozostał bez echa. Mam pewną przypadłość. Kiedyś, w górskim schronisku PTTK zaraziłem się półpaścem. To bardzo bolesna, wirusowa choroba. Jest uleczalna, ale skutkuje dozgonną skłonnością do neuralgii (występujące nerwobóle, spowodowane nagłymi zmianami temperatur, lub urazami) Walnięcie ciężkim masztem w plecy, było wystarczającym powodem do wywołania takiej neuralgii. Odczuwałem nagłe ukłucia w okolicy lewej łopatki, rozchodzące się po całej lewej części pleców. Każdy ruch był cierpieniem. Był początek urlopu. Nie wyobrażałem sobie pozostawania w tym stanie ani dnia dłużej.

W Giżycku, do którego dotarliśmy pieszo, była czynna przychodnia lekarska. Kłopot w tym, że była sobota i placówka kończyła pracę o 13.00. Dotarliśmy do niej o 12.15. Nie wziąłem ze sobą dokumentów. Miała je tylko Marta. Poprosiłem ją, żeby poszła do lekarza, udając, że to ona ma tę neuralgię. Opowiedziałem jej ze szczegółami, jakie są objawy i złożyłem zapotrzebowanie na mieszankę butupirazolu, kokarboksylazy i witaminy B12. Ten zestaw leków zawsze mi pomagał w podobnych przypadkach. Marta obawiała się, że lekarz wykryje mistyfikację i odmówiła. Byłem zdesperowany, bo w obecnym stanie nie mogłem nawet spać. Wkurzyłem się na towarzystwo i walnąłem focha! Powiedziałem: Jak tak, to sami sobie pływajcie. Jadę do domu! I poszedłem do łodzi. Na szczęście Ula wpadła na pomysł, że pójdzie do lekarza i wyzna, że jest pielęgniarką, może z medycznej solidarności wypisze jej receptę. Wypisał. W sąsiedniej aptece, wykupiła leki i wszyscy wrócili na łódź. Natychmiast dostałem pierwszy zastrzyk. Pomogło. W nocy już mogłem spać, o ile nie wykonywałem gwałtownych ruchów. Rano dostałem drugi zastrzyk. Prawie przeszedł ból. Trzeciego dnia był ostatni zabieg, który utrwalił pozytywny skutek poprzednich. Atmosfera się oczyściła.

Słoneczko, widząc, że moje oblicze się rozjaśniło, też wyszło na cały dzień zza chmur. Znaleźliśmy na Tajtach polanę, gdzie powiesiliśmy linki i suszyliśmy wszystko, co nam zmokło, a wierzcie mi, było tego dużo!

totalne suszenie

Na kolejną część opowieści z Mazur, zapraszam za tydzień.


wtorek, 17 stycznia 2017

Nasza zima zła?

Człowiek jest z natury marudny. Kiedy pada, to chciałby, żeby świeciło słońce. Kiedy jest ciepło i słonecznie, marudzi, że przydałby się deszcz.
Podobnie jest z zimą. Nie ma śniegu - źle, jest śnieg, niedobrze.
Myślę, że jeśli jest zima, to niech trochę będzie śniegu i lekki mrozik też się przyda.

Wczoraj wyszedłem na chwilę z domu. Zasypało na biało. Na gałęziach drzew osiadła szadź. Było słonecznie. Nie odchodziłem daleko. Zrobiłem zdjęcia w moim ogrodzie. Oto rezultaty tej sesji:


Na koniec dwa zdjęcia tego samego obiektu, choć z trochę innego ujęcia. Jedno
robione wczoraj, drugie w maju 2010. Uderzająca różnica...



Byle do wiosny! Pozdrawiam wszystkich serdecznie!


piątek, 13 stycznia 2017

Wiejskie obejście gdzieś na zachodzie Polski

Gdzieś, na zachodnich rubieżach Polski jest pięknie urządzone wiejskie obejście.
Chata, która niemal w całości obrośnięta jest winobluszczem, ogród z glinianymi ptaszkami i żabą siedzącą na kamieniu. Jakże wspaniali ludzie musieli urządzić to miejsce.

Podziwiam smak. Przyroda harmonizuje  tu z ludzkim poczuciem piękna.