wtorek, 21 listopada 2017

Słowenia - Piękna, przyjazna i uporządkowana - cz.II

Wrzesień 2017.
Jak pisałem w poprzednim poście, starożytne miasto Ptui, wywarło na nas kolosalne wrażenie. Słyszeliśmy dużo o słoweńskich krainach winiarskich. Jedna z nich o dźwięcznej nazwie "Jeruzalem" była dosłownie o "rzut beretem" od Ptuja.
Postanowiliśmy więc udać się w tamte strony. Kilkudziesięciokilometrowa podróż przebiegła bardzo szybko. To właśnie podczas tej podróży dokonaliśmy odkrycia, że Słowenia, po Niemczech i Austrii jest bardzo uporządkowanym krajem. Wszystkie domostwa, także obejścia gospodarskie wyglądały schludnie i kolorowo. Przyroda słoweńskiej wsi przypominała nam bardzo Polskę. Na wzgórzach nieopodal drogi rozciągały się pola winorośli.

 Winnice "Jeruzalem"

 Tu i ówdzie widoczna była wieża kościółka i z rzadka rozsiane domki, to mieszkania właścicieli winnic. Muszę koniecznie napisać, że do każdego z tych domków, prowadziła droga asfaltowa. Niezbyt szeroka, trochę szersza od samochodu, z mijankami zorganizowanymi tak, żeby mijające się samochody mogły się widzieć. Rewelacja! Taka jest słoweńska wieś.

Wreszcie, po niedługiej podróży dotarliśmy do gospodarstwa Hlebec. w gminie Ormoż, tuż przy granicy z Chorwacją.

 Winnica Hlebec w gminie Ormoż

Gospodarze bardzo mili, zresztą nie bez racji, bo pan domu ma na imię Milan.
To bardzo barwna postać, można by rzec, człowiek renesansu. Winiarz, restaurator, hotelarz, malarz i rzeźbiarz, także gawędziarz, w jednej osobie. Otoczony wspaniałymi ludźmi z personelu, będącymi członkami jego rodziny, umie zabawiać gości, a przybywa ich tu wielu, nawet autokarami. Degustują wina, jedzą posiłki w jego restauracji, słuchają jakiejś gawędy i odjeżdżają, żeby zrobić miejsce kolejnej grupie. 

Nas zakwaterowano w hoteliku, na górze. Ładny pokój ze wszystkimi wygodami, pięknym hallem i salką konferencyjną, która nam posłużyła jako jadalnia.

Wygodny pokój z obszernym łożem i łazienką.

Hall
Salka konferencyna

Wnętrza zdobione obrazami i innymi formami sztuki, sprawiały, że poczuliśmy się w nich naprawdę doskonale. Przed domem urządzono stół dla gości hoteliku, by mogli skosztować tam wina produkowanego w tej (i zapewne okolicznych) winnicy. 

Słoweńcy lubią wina półwytrawne, nam jednak zasmakowało jedno z win półsłodkich. Trudno opowiedzieć o smaku, ale wierzcie mi, było naprawdę znakomite!

Winnica Hlebec
Za tym wzgórzem jest już Chorwacja

Degustacja przed domem

Bardzo nam się podobał klimat, w jakim urządzono tę placówkę. Jeśli będziecie tamtędy przejeżdżać, wstąpcie, nie pożałujecie, bo jadło, trunki i noclegi mają tu doskonałe!

Nazajutrz udaliśmy się w drogę do stolicy Słowenii, Lublany. Już w połowie drogi dopadł nas deszcz. Nie jakiś drobny deszczyk, to była ulewa!
Padało przez trzy dni. ze stolicy mamy więc z konieczności ubogie wrażenia. 
Właściwie, to na drugi dzień, pojechaliśmy ( burząc nasz plan) do miejscowości Postojna, żeby zobaczyć zespół jaskiń ( tu deszcz nie przeszkadzał) Wróciliśmy do Lublany z nadzieją, że jutro będzie chociaż mniej padało. Nie udało się. Lublanę zwiedzaliśmy w deszczu. Wróciliśmy zmoknięci do suchej nitki i bez większego rozeznania, co tak naprawdę oferuje to miasto.

Deszczowa Lublana
Widok z pustego rynku, na zamek
Puste miasto
Tu i ówdzie przemykają tylko nieliczni, skuleni pod parasolami przechodnie
Szkoda, że było tak deszczowo!

Wrażenia? Czy ja wiem? Miasto w centrum ładne, bo są tu liczne budowle zabytkowe. Jednak zewnętrzne dzielnice przypominają, że nie tak dawno swoje rządy sprawował tu Tito. Budynki w stylu socrealu zdominowały to miasto.
Inna rzecz, która nam się nie podobała. W autobusach brak automatów biletowych, co odbiera szansę na jednokrotny, legalny przejazd. Należy wykupić kartę urbana (miejską), doładować i korzystać. Ile zachodu, i jaki wydatek, żeby przejechać (może dwa, trzy kilometry) raz autobusem. W mieście są też wypożyczalnie rowerów. Chcieliśmy skorzystać, ale trzeba mieć specjalną aplikację na telefon, upoważniającą do odbioru i zdania roweru. Również nie dla turysty. Dodatkowo, wszystkie wjazdy na parkingi odgradzały szlabany. Wjechać można tylko, kiedy posiada się specjalną kartę magnetyczną. Uff! ciężkie ma życie turysta w Lublanie!

Jeszcze jedna obserwacja. Przyjechaliśmy w niedzielę. Handel w stołecznym, bądź co bądź mieście, ani mało ani wielkopowierzchniowy, w tym dniu, nie istnieje. Otwarte są nieliczne kawiarnie i restauracje, ale tylko do 17.00. Gdyby nie właściciele psów, którzy z konieczności musieli wyjść na dwór, pewnie nie widzielibyśmy ludzi. Taka jest Lublana. Wiedzieliście?




piątek, 17 listopada 2017

Słowenia - Piękna, przyjazna i uporządkowana - cz.I


Wrzesień 2017
Idąc za radami blogerów, po przeczytaniu ich postów, postanowiliśmy z żoną, tym razem nie traktować Słowenii, jako kraju tranzytowego, lecz jako cel wyprawy. Mieliśmy do dyspozycji dziesięć dni. Pochyliłem się nad mapą Europy i doszedłem do wniosku, że nie od rzeczy będzie, jeśli zrobimy sobie wycieczkę objazdową przez Czechy, Austrię, Słowenię (tu zatrzymamy się na dłużej) potem Włochy, głównie Wenecja, ponownie Austria. Niemcy i do Polski. Tak też uczyniliśmy. Przejechaliśmy około 2800 km. Nocowaliśmy w obiektach, rezerwowanych przez Booking.com
Wyjechaliśmy w piątek rano i po przejechaniu około 900 km, w tym piękną trasą przez Alpy, jadąc przez liczne (chyba z pięćdziesiąt) tunele, w tym trzy ponaddziesięciokilometrowe, dotarliśmy do słoweńskiej miejscowości Ptuj.

Zamek i stare miasto Ptuj, widziane z mostu na Dravie
Alpy w Austrii widziane z okien samochodu
Wlot do kolejnego tunelu

W trasę, szczególnie tak długą, staramy się ubierać wygodnie, toteż, zamiast paska do spodni, przywdziałem o wiele wygodniejsze szelki. Na to sweter. Droga minęła bez jakichkolwiek przygód. Kiedy w miejscu noclegu rozpakowaliśmy walizki, Ula postanowiła odpocząć w pozycji horyzontalnej, ja zaś uznałem, że koniecznie muszę się przejść i to dość intensywnie, bowiem kilkugodzinne, statyczne siedzenie za kółkiem, też mnie zmęczyło. Odreagowałem więc dynamicznie, wspiąłem się na dziedziniec zamku Ptuj, przeszedłszy przedtem sporą odległość dzielącą miejsce noclegu od zamku. Nie żałuję!

Pierwsza panorama zamku z prawobrzeżnego Ptuja

- co to, każdy widzi.
Kino leży już w lewobrzeżnej części miasta. Właściwie już na terenie starówki.
Przez Dravę można się przeprawić przez most drogowy, który akurat w tym czasie był w remoncie, oraz przez kładkę dla pieszych i rowerów. Rzeka Drava jest żeglowna i w tym miejscu dość szeroka, chyba szersza niż Odra w Cigacicach.
Widok z dolnego dziedzińca zamku

Kiedy tak sobie chodziłem po tym dziedzińcu, co chwilę mnie pozdrawiano w języku niemieckim. Zdziwiłem się, aż przyszła mi do głowy myśl, że wyglądam jak rasowy Bawarczyk. Solidnie zarysowany brzuszek, i te szelki! Było ciepło, więc zdjąłem sweter, no i nic dziwnego, że słyszałem ciągle guten Tag!

Następnego dnia, po śniadaniu poszliśmy już oboje, na długą wycieczkę po mieście.

Ptuj, to bardzo stare miasto, które powstało jeszcze za czasów rzymskich, ale nie będę przytaczał wiadomości, które każdy może znaleźć w przewodniku. Pokażę tylko migawki z naszego spaceru po tym pięknym mieście.

Na tym budynku zachowano ślady poprzedniego, bardzo starego!
186r. naszej ery.

Staromiejska uliczka

Pręgierz miejski o specyficznym kształcie. Budowla z II w.n.e.

Klimat starych miasteczek

Kolumna św. Floriana, przed nią happening jednego z miejscowych artystów.

Obecny ratusz - góra
Ratusz - dół
Nie udało się zrobić jednego ujęcia, z powodu braku dogodnej pozycji do fotografowania.
Kościół farny p.w. Św. Jerzego (XI - XV W.)
Figura patrona  znajdująca się w kruchcie
 kościoła.

Jedna z dróg na zamek

Widok na zamek górny z dziedzińca dolnego

Ptuj widziany z dziedzińca zamkowego
Inne ujęcie

Piękny zamek górny

Rzut oka na Dravę z dziedzińca górnego

Dziedziniec dolny, widziany z dziedzińca górnego

Muszę przyznać, że podróż w tak piękne miejsce, była strzałem w dziesiątkę. Ptuj odcisnął w naszych sercach trwały ślad. Szczerze zachęcam do zwiedzania tego miasta, tym bardziej, że prowadzi do niego autostrada (A4, w/g oznaczeń słoweńskich).

To był początek naszej podróży. Zachęcam do czytania kolejnych części.

wtorek, 14 listopada 2017

W Pacanowie kozy kują, więc koziołek, mądra głowa
Błąka się po całym świecie, aby dojść do Pacanowa.

Koziołek Matołek

Zdziwi się, kto pomyśli, że zdjęcie zrobiłem w Pacanowie. To koziołek pilnujący pętli autobusowej w miejscowości Koźla, w gminie Świdnica, koło Zielonej Góry.

sobota, 28 października 2017

Dziewiczy rejs ~ Z prądem i pod prąd

Od hucznych uroczystości związanych z wodowaniem minął tydzień. Wystarczająco dużo czasu, by zdążyć z przygotowaniami do dziewiczego rejsu.
Tak się jakoś złożyło, że wybrany przez nas termin, zbiegł się z organizowanym Flisem Odrzańskim 2007. Flis płynął w dół rzeki, a my postanowiliśmy popłynąć im naprzeciw, do Bytomia Odrzańskiego. Mieliśmy do wykorzystania jedynie weekend - dwa i pół dnia wolnego.

 Oddaj cumy! odpływamy!

Cumy oddane, paliwo w baku. Płyniemy!

Pierwsze chwile rejsu wykorzystuję na sprawdzenie właściwości nautycznych naszego nowego nabytku. W tym celu pochylam manetkę do końca i obserwuję zachowanie łodzi. Dziób wprawdzie lekko się unosi, ale o ślizgu nie ma mowy!
To przecież kadłub wypornościowy. Oczyma wyobraźni widzę wiry powstające w zbiorniku paliwa. Przy tych obrotach nasz dwudziestopięciokonny Merkury musi spalać krocie! Zmniejszam więc obroty do 3000 na minutę. Silnik się uspokaja, a Kucyk dzielnie pruje wodę, wspinając się pod prąd Odry z szybkością 6 km/h.

Kucyk dzielnie pruje wodę

Z czasem zaczynamy zwracać uwagę na otoczenie. Przyroda odrzańska, w jej środkowym biegu fascynuje nas i zadziwia. Nie sądziliśmy, że jest tak bogata.


Mały warchlak przyszedł napić się wody. Pewnie w trzcinach kryje się jego rodzeństwo i mama. Czaple siwe okupują licznie wszystkie pola między główkowe, udając mniej lub bardziej udanie patyki. Zwykle są płochliwe, ale nas zupełnie się nie boją. Nawet kiedy się klaśnie, podskakują tylko i siadają kilka metrów dalej. Kruki latają nad nami, przeważnie parami, głośnym krakaniem zaznaczając swoją obecność. Na plaży usiadł wielki ptak z białym ogonem. Patrzę przez lornetkę i widzę protoplastę naszego godła. To bielik!
Liczne stada łabędzi zalegają w zatoczkach. Kiedy podpływamy, zrywają się do lotu. Nawet zwykle płochliwy bocian czarny, żerujący nad rzeką, nie przejął się naszym widokiem.
Po siedmiu godzinach nieśpiesznej żeglugi, zza zakrętu rzeki wyłania się łuk mostu nad wejściem do portu rzecznego w Nowej Soli.

Wejście do portu rzecznego w Nowej Soli

Wpływam. Kręcę się po całym porcie, nie ma gdzie przybić. Brzegi są wybetonowane, żadnego pomostu. Wreszcie decyduję się stanąć przy pionowej, nieco wyższej niż pozostałe, ścianie przystani klubu kajakowego. Bosman bardzo miły, zgadza się na nasz postój. Udostępnia nawet stołówkę i łazienkę z prysznicami. Zaraz też odwiedzają nas po kolei nasi przyjaciele, opisywani wcześniej w cyklu "Wiosłem na wodzie pisane" Jurek i Jadzia H. Jest nam bardzo miło.

Nocleg przebiega spokojnie. Ranek jest pochmurny, ale po śniadaniu wyruszamy. Nadal pniemy się pod prąd. Do Bytomia Odrzańskiego zostało tylko czternaście kilometrów. Po drodze spotykamy łódź żaglową zmierzającą także do Bytomia, na spotkanie flisaków. Miłe gesty i płyniemy dalej. Nasz silnik jest mocniejszy, poruszamy się szybciej. Kiedy już widzimy Bytom, pojawiają się na horyzoncie kajakarze. Ciągnie wilka do lasu! Mam wiele sympatii dla tej formy obcowania z wodą, toteż bardzo serdecznie ich pozdrawiam.

Kajakarze. W tle Bytom Odrzański
Kiedy się mijamy, bardzo serdecznie ich pozdrawiam.

Bytom wita nas buczkiem statku Aquator, towarzyszącego flisowi. Zaraz też słychać powitalny wystrzał z "harmaty". Jesteśmy wciągnięci w atmosferę flisu.
Po przycumowaniu jachtu do wygodnego pomostu ( tu o nas pomyśleli!)

 Wygodne pomosty w Bytomiu Odrzańskim

Udajemy się na pobliski rynek starego miasta. Niesamowita atmosfera! Natychmiast kojarzy nam się z Kazimierzem nad Wisłą. Piękne renesansowe kamieniczki z hotelem, na jednym rogu i ratuszem na przeciwległym, z fontanną przedstawiającą chłopca oraz rzeźbą, która natychmiast skojarzyła mi się z bajkami braci Grimm. To ilustracja do miejscowej legendy, mówiącej o tym, że pewien czarny kot, będąc dobrym opiekunem ludzi znajdujących się chwilowo "pod dobrą datą", odprowadza ich bezpiecznie na miejsce odpoczynku.

Ten kot nie da ci zginąć!

Zauważyłem też ciekawą przemianę w naszych umysłach. Byliśmy przecież blisko domu. Od tego miejsca dzieliła nas bowiem najwyżej czterdziesto minutowa jazda samochodem. Ponieważ płynęliśmy tu kilka godzin, poczuliśmy się jak turyści i zaczęliśmy się tak zachowywać. Zwiedzaliśmy miasteczko. Wtykaliśmy nos w każdą dziurę i coraz bardziej lubiliśmy tę senną małomiasteczkową atmosferę. Niewątpliwie, Bytom Odrzański, obok Łagowa Lubuskiego, jest najbardziej klimatycznym miejscem na Ziemi Lubuskiej. Aż się prosi, żeby artyści zainteresowali się niepowtarzalną i nietuzinkową urodą tego miejsca.

Wróciliśmy na nasz statek. Dowiedzieliśmy się, że flis wypłynie stąd dopiero nazajutrz i planuje kolejny postój w Nowej Soli. Nam było śpieszno do domu, bo weekend miał się ku końcowi. Skierowaliśmy więc dziób Kucyka w dół rzeki.

 Urokliwe krajobrazy odrzańskie

Nagle z lewej burty ukazuje nam się wielki napis namalowany na ceglanym murze wieńczącym wał, głoszący: STARA WIEŚ.
Coś nam ta nazwa mówiła... po krótkim namyśle przypomnieliśmy sobie, że to właśnie tę miejscowość najbardziej zniszczyła pamiętna powódź z 1997 roku. Teraz po powodzi nie widać śladu, ale pozostał on jednak w sercach mieszkańców tej miejscowości. Widzimy mały pomościk umieszczony tuż pod znakiem kilometrowym - "427". Podpływamy ostrożnie z zamiarem przybicia na nocleg. Gdy byliśmy już blisko, pojawił się gospodarz tego pomostu. Pytamy, czy możemy tu przybić i ile będzie kosztowało pozostanie tu na nocleg. Pan pomógł nam przycumować i odrzekł, że jesteśmy pierwszymi turystami, którzy zdecydowali się na postój w tym miejscu, a on wraz z żoną prowadzą w miejscowości gospodarstwo agroturystyczne SADYBA i chętnie będą nas widzieć na włościach. Przy pomoście możemy stać za darmo. Zaraz też zostaliśmy zaproszeni na kawę do ich gospodarstwa.
Dom urządzony w "Ciepłym" stylu, adekwatnie, do usposobienia jego właścicieli. On nauczyciel, ona ekonomistka, dom - AGRO. Ci ludzie mają przesympatycznych przyjaciół (widać lgnie swój do swego!). Jednym słowem nasz pobyt na 427 kilometrze Odry, wyrył się dobrze w naszej pamięci.

 427 kilometr odry

Ranek następnego dnia. Budzi nas jakiś dziwny odgłos. Wychylam się z zejściówki i widzę, że na kominie wystającym zza wału uwite jest gniazdo, na nim bociany klekocząc obwieszczają światu, że wstał nowy dzień!

Bocianie gniazdo w Starej Wsi

Nasz krótki zachwyt spowodowany był głodem i pośpiechem. Zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy w drogę. Kiedy mijaliśmy przyjazny port w Nowej Soli, wypływał właśnie z niego niewielki kuterek o wdzięcznej nazwie Jutrzenka Odrzańska, a w niej nasi dotychczasowi gospodarze. Andrzej i Sławek. Kuter odkupili od rybaków z Dziwnowa, ratując go przed pocięciem na żyletki, teraz, dzięki ich staraniom, odzyskał blask i pływa ku uciesze ich właścicieli. Pozdrawiamy się gestami rąk i buczeniem buczków. Znikamy za zakrętem, wracając do rodzimych Cigacic.

Za rufą zostawiliśmy wspaniałe wrażenia z niezapomnianego, dziewiczego rejsu naszym kochanym Kucykiem.

Nasz kochany Kucyk





niedziela, 22 października 2017

Chrzest "Kucyka"~ Z prądem i pod prąd

Długo zastanawiałem się, jaki powinien być ten jubileuszowy w końcu, bo SETNY post. Mam w zanadrzu "zeznania" z podróży zagranicznych, przynajmniej dwa, ale w końcu zacząłem przecież blogować wodniacko i obiecałem, że nurt ten będę kontynuował aż do sprzedaży "Kucyka". Żeby do tego momentu dojść, muszę więc opisać, jak do tego doszło.

 Wodowanie "Kucyka"

W cyklu "Wygodnym baksztagiem" opowiadałem o czarterowaniu jachtów żaglowych, na rozmaitych akwenach Polski. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności, po wielu latach oszczędzania i wyrzeczeń, zostaliśmy z żoną właścicielami używanej już wprawdzie, ale w dobrym stanie wizualnym i technicznym, łodzi żaglowej typu SASANKA 620. Był to popularny w tamtych czasach jachcik.
Kupiliśmy go na Zalewie Koronowskim i przypłynęliśmy z Bydgoszczy, do Skwierzyny, skąd pomocny i jak zwykle życzliwy Ignacy, przewiózł nas z łodzią do Zbąszynia. Tam zwodowaliśmy nasze pływadło i zostaliśmy przez cztery i pół sezonu. Cały ten okres pomijam celowo, mając nadzieję opisania go w innym terminie, bowiem czas spędzony w Zbąszyńskim Klubie Żeglarskim uważam za najlepszy w naszej karierze wodniackiej.

Dzięki temu, że spotykaliśmy się z członkami ZKŻ, poznaliśmy kolegów, zapaleńców, którzy wytwarzali według własnych pomysłów, swoim sumptem, swoje własne łodzie. Nas to też wciągnęło. Jednym z tych zapaleńców był Krzysztof B. Zaraził mnie szkutnictwem i motorowodniactwem. Krzysiek, metodą prób i błędów dochodził do swojej bardzo udanej konstrukcji - WEEKEND 820. Przedtem było jeszcze kilka konstrukcji, które uznał za pośrednie. Miał bowiem jakiś konkretny zamysł i konsekwentnie do niego dążył. Kiedyś przycumował swojego pierwszego Weekenda obok naszej Sasanki i poszedł sobie gdzieś. Ula popatrzyła na jacht i orzekła, że taki to by chciała mieć! Kiedy wrócił Krzysiek, wpuścił nas do wnętrza. Ula oniemiała. Taka przestrzeń! Przecież tu można tańczyć, orzekła.
To był początek naszej "Kucykowej epopei".

Znów były wydatki, znów masa wyrzeczeń. Dużo pracy fizycznej. Nie powiem, Krzysztof był bardzo, ale to bardzo pomocny. Pomagał nam we wszystkim. W końcu oboje z Ulą byliśmy zupełnie zieloni, jeśli chodzi o szkutnictwo. Udało się!
Teraz przyszedł moment na wymyślenie nazwy jachtu. Ula myślała, myślała i pewnego razu, ni stąd, ni zowąd wygłosiła: będzie się nazywał Kucyk! Czemu? zapytałem, bo kucyk, to mały konik, a wodniactwo to nasz konik, niech więc to będzie nasz KUCYK - i tak zostało.

Wreszcie nasz Kucuś, jak go pieszczotliwie nazywaliśmy, stanął na wodzie w cigacickim porcie. Był czerwiec 2007 roku.

W owym czasie działało na terenie portu w Cigacicach Stowarzyszenie Sportów Wodnych i Narciarstwa Wodnego "ORKA". Przewodził mu kpt.jacht. Henryk M.
Dostaliśmy z Ignacym formularze zgłoszeniowe do wypełnienia i na jakimś zebraniu stowarzyszenia, zostaliśmy przyjęci w jego skład. Tak więc, na wodowanie i chrzciny Kucyka zebrała się spora grupka członków stowarzyszenia, naszych przyjaciół i wszystkich, którzy w jakiś sposób przyczynili się do naszego szczęścia. Matką chrzestną została moja mama, która spryskując jacht z otwartej butelki szampanem, wyrzekła sakramentalne słowa: "Płyń po rzekach, kanałach i jeziorach, nieś sławę swojemu konstruktorowi, wykonawcy i armatorowi. Nadaję ci imię  "KUCYK"!

Na pirsie wybuchły owacje i gromkie brawa!

Nadaję ci imię KUCYK!
Słyszycie brawa?

Potem była jeszcze uroczystość stawiania bandery. Zajęliśmy więc miejsce w szyku na kokpicie statku. Na komendę Banderę staw!, nasza córka Ania,
wstawiła przygotowany wcześniej flagsztok z banderą do specjalnego uchwytu.


Tu miały rozlec się dźwięki hymnu narodowego, ale jak zwykle w takich sytuacjach, zawiodła aparatura. Sytuację uratowała siostra Uli. intonując pierwszą zwrotkę hymnu. Po jej odśpiewaniu, znów posypały się brawa i indywidualne gratulacje.

Nasza radość była bardzo, bardzo wielka. Wreszcie spełniły się nasze wieloletnie marzenia. Oto świat wód śródlądowych Polski i Europy stanął przed nami otworem, a my byliśmy właścicielami i armatorami bardzo wygodnego i obszernego jachtu motorowego. 

Zaraz zaczęły się przykładowe rejsy. Kucyk mógł zabrać na pokład jedynie osiem osób, a liczba chętnych do krótkiej przejażdżki była duża, toteż nasz kolega Józio pomógł nam obwożąc wszystkich chętnych po porcie z króciutkim wypadem na Odrę.
mój pierwszy rejs po porcie
i któryś kolejny...

Potem była długa biesiada. Długa, jak czerwcowa noc. Z tańcami, śpiewami, jadłem i napojami.


... i ja tam byłem, miód i wino piłem.